podróże przez czas, przestrzeń i myślnię.

DK

wtorek, 29 maja 2007

No i dziś ostatnia noc w Danii, przynajmniej na jakiś dłuższy czas. Co dalej? Nic dalej, komunikat wpisu zamyka się w pierwszym zdaniu. Przytłaczające zadanie spakowania się w nocy i posprzątania pokoju nad ranem sprawia, że już czuję się zbyt zmęczony żeby wymyślać więcej blogowych głupot.

02:04, lenahtan , DK
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 maja 2007

Nienawidzę robaków, ślimaków, żab i koni. Trzech pierwszych za to, że łatwo się rozmaślają pod nogami/kołami i na samą myśl o nich robi mi się niedobrze. Koni za to, że są duże, brzydkie, mają przerażające oczy i śmierdzą. I walą kupska, które też się rozmaślają. Przez kiepski wybór kombinacji pogoda-trasa, dziś na rowerze miałem nieprzyjemność doświadczyć wszystkiego tego. Niefajnie. A mogłem jechać do Kopenhagi.

01:12, lenahtan , DK
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 maja 2007

No, oddaliśmy drugi projekt. Trzeci jest od trzech tygodni praktycznie gotowy. Teraz jeszcze tylko przygotować się na egzaminy ustne będące w sumie obroną sprawozdań z projektów. Mało z tym roboty już, chociaż myślałem że będzie jeszcze mniej. Nieważne. Koniec nadchodzi, wyjeżdżam z Danii za niecałe 2 tygodnie, nie wiem kiedy i czy tutaj kiedyś wrócę.

Zastanawiam się, czy czuję coś z tym związanego, jakaś radość, jakiś żal - pustka, nic. Zastanawiam się, czy czegoś mi będzie brakowało; nie, bo i czego? Poza jeziorem, lasami, drzewami - niczego. I nikogo. Emocjonujący brak emocji. Niby jakiś etap w życiu, a w sumie jakby nic się nie działo. Spokój.

Jedyne, czego mógłbym kiedyś żałować, to że nie zostaję tutaj na całe studia, dwa, trzy lata. Gdybym bardzo chciał, mógłbym. Ale nie bardzo chciałem, więc nie zostanę. I nie będę żałował, bo i czego? Jeziora, lasów? :)

00:34, lenahtan , DK
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 maja 2007

Padam na pysk.

Pada mi dysk.

I jeszcze deszcz pada no.

19:59, lenahtan , DK
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 kwietnia 2007

Co tam w kraju? A tam w kraju...

Trójka dzieci przechwala się które z nich ma ważniejszą mamę:
- Moja mama jest historykiem w IPN, ona to ma władzę!
- A tam, historykiem, moja obsługuje w IPN niszczarkę!
- To jeszcze nic... moja obsługuje Xero.

No proszę, to w kraju. Dobry joke, z drobrego źródła - joemonster.org.

A co tam w Danii? A w Danii w środę cały dzień biegałem z grupą po siedzibie jakiejś firmy i przeszakdzając ludziom w pracy mierzyłem różne różniaste rzeczy (stężenie CO2, ozonu, kurzu, temperaturę, wilgotność i takie tam) sprzętem którego wartości chyba nawet nie chcę znać. Pracownicy firmy, mimo że byliśmy dla nich pryszczem na dupie, przyjmowali nas z uśmiechem, bo pomiary te przydadzą się nie tylko nam, do finalnego projektu z jednego przedmiotu; oni je także wezmą na poważnie, rozważając na ich podstawie modernizację systemu klimatyzaji/wentylacji. Czyli tak jakbyśmy byli prawdziwą firma konsultancką. Pełne obustronne zaufanie, pełna współpraca, i naprawdę spory sens tego co robiliśmy. Czegoś takiego będzie mi w Polsce brakować.

Poza tym, stwierdzam oficjalnie: nauczyłem się gotować. Co prawda podstawy znałem już od paru lat, ale przez te 3 miesiące miałem więcej praktyki niż przez całe wcześniejsze życie. I naprawdę to polubiłem. :)

14:16, lenahtan , DK
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 marca 2007

Wpis za dzien 25.03.2007
Piszę to teraz, choć wiem, że opublikuję później. Jestem w hotelu gdzie nie ma internetu. W ogole jestem daleko od domu, od wszystkich swoich domów. Po prawie tygodniu chorowania, leżenia w łóżku, zawalania terminów i ogólnej porażki i stagnacji, w jeden dzień zdążyłem wyzdrowieć, spakować się w 5 minut na 3 dni study tour, przejechać zajebisty i przeogromny most (Storebælt, Most przez Wielki Bełt, ok. 13km długości), wyladować w Sønderborg przy granicy z Niemcami, wypić kawę która mi autentycznie smakowała (i zapłacić za nią 3 razy tyle ile bym był gotowy zapłacić w Polsce), zgubić się w nocy w pustym i obcym mieście, zmarznąć, i prawdopodobnie zachorować od nowa. Jutro zwiedzam jakąś fabrykę. O ilę wstanę z łóżka. O 6 rano.

Wpis za dzień następny tj. 26.03.2007
Wstałem. Dzień-killer, 4 wykłady, przy czym ostatni potwornie długi (1,5h - co to aż tak dużo? okazuje się, że w pewnych okolicznościach tak). Na wszystkich zamykały mi sie oczy, nie pamiętałem żebym zasypiał na ostatnim, ale pamiętam że się na nim obudziłem. :) Więc chyba kimnąłem. Wykłady przeplatane zwiedzaniem fabryki Sauer-Danfoss. Duża, nieźle zorganizowana, w całkiem sporym stopniu zautomatyzowana. Ale, praktycznie przy każdym stanowisku potrzebny był człowiek. I co? przy całej tej zajebistej organizacji wielkiej fabryki, przy 1/3 miejsc nikogo nie było albo coś nie działało. :] I nasz guide (pracownik tychże zakładów i to w miarę wysoki stołkiem) nawet nie umiał powiedziec czemu. :P Powrót do hotelu na 10 minut, naprawdę szybka drzemka w moim wykonaniu z tułowiem na łóżku i nogami na podłodze, po czym wyjście do miasta na kolację. Fundowaną, jak prawie wszystko, a jakże, przez firmę. Mongolska restauracja (?) z kucharzem murzynem (!?), pierwszy raz w życiu jadłem mięso kraba. Miekkie, na pewno bardzo zdrowe (czyste białko), ale bez smaku. Przed kolacją facet który był naszym drugim guidem i był jeszcze wyższy stołkiem powiedział konspiracyjnym tonem że taaa kolacja to jest fundowana przez firmę, ale wiecie... (i w tym momencie wszyscy myślą "no ta, mamy sie trochę ograniczyć w rachunku, żeby za dużo nie zeżreć") ale wiecie, po kolacji jak się najecie to tak ze 3-4 piwa na głowę, nie więcej... Mmmmhmmmm. Fajnie. Szkoda tylko, że od tygodnia nie mam ochoty na piwo. Przynajmniej dobre lody zjadłem, podobno lody są dobre na chore gardło. Podobno. Podobno jutro znowu mam wstać o 6.

PS. Co to za feler w mózgach mają duńscy budowlańcy, że nie mogą zrozumieć wysoce skomplikowanej ideii kabiny prysznicowej? Albo o progu zapomną i cała woda się spod zasłonki wylewa na łazienkę, albo pochylenie podłogi zrobią nie w tę stronę co trzeba i woda nigdy nie spłynie do końca, albo w ogóle się nie przejmując jebną zamontowany na stałe w ścianie wylot prysznica bez żadnej namiastki kabiny (skutek: woda na drzwiach, szybie, umywalce, ścianach). No geniusze po prostu... ;]

03:02, lenahtan , DK
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 marca 2007

Uuuuuaaaa. Tzw. "gruba impreza" miała miejsce. W miejscu zwanym Kampsax, które to miejscem jest generalnie zespołem akademików dla duńskich studentów, ale jest tam taki nieduży klub, gdzie co czwartek jest international party. Nooooooooo iiiii... jest zajebiste. Chciałbym, żeby w Łodzi było choć jedno miejsce, gdzie puszczają taką dobrą muzykę. No, dobrą, bo trafia w moje gusta. A jednocześnie jest dobra do tańczenia. Ja sam tego nie potrafię. :D

PS. Rozmowa z trzeźwym jak... nie wiem co Niemcem kiedy samemu jest się w stanie upojenia to zły pomysł. :P

PS2. Potrzebuję Lao Che. Bardzo. Że też nie wziąłem ze sobą płyt.

11:40, lenahtan , DK
Link Komentarze (5) »
wtorek, 06 marca 2007

Nauczyliśmy z Kamilem Chińczyka bluźnić po polsku.

Nie wiem jak to się dzieje, że w 9 przypadkach na 10, pierwsze słowa jakie poznaje się w jakimś obcym języku to właśnie ZŁE słowa, bluzgi, wulgaryzmy i ogólnie mowa piękna codzienna. Mimo najszczerszych chęci, nie byliśmy w stanie nauczyć Shu Winga zwanego Waynem wymawiać jednego jedynego polskiego słowa jakie mu najpierw przedstawiliśmy, "ziom". Przez dwa tygodnie przeszedł całkiem niezła drogę od "dzomg!" przez "dzom!" aż wreszcie po "dzjom!", ale to jeszcze nie to. A dziś co? Kurwy i chuje latały po kuchni aż miło. (czy aby na pewno miło?) I on wszystko, ale to WSZYSTKO od razu zapamiętywał i co ciekawe IDEALNIE wymawiał. Jakby mu się jakaś blokada wyłączyła.

Interlingua, kurwa. :)

05:00, lenahtan , DK
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 19 lutego 2007

Dziś byłem w kościele. Rzymsko-katolickim, czyli zgadza się z tym co mamy w Polsce. Fajny zbieg okoliczności, że mam do niego tylko jakieś 20 min z buta, bo Dania to raczej kraj ateistów, a jak już ktoś jest wierzący to pewnie w większości przypadków jest protestantem, więc pewnie nie ma za wiele rzymsko-katolickich parafii w Danii. Także dobrze, że jest blisko. Wrażenia były dosyć ciekawe. Niby wszystko tak samo jak u nas, porządek mszy, ołtarz itd, ale jednak:

  • na mszy obecny był pies (później się dowiedziałem, że bardzo często tam przychodzi, a raczej zostaje przyprowadzony, na marginesie dodam że to był chyba 3 albo 4 pies jakiego widziałem w tym kraju przez miesiąc
  • ministranci byli wszyscy bez wyjątku azjatami (a raczej ministranci i ministrantki, bo większość stanowiły dziewczynki - śmiesznie wyglądał ksiądz - typowy nordyk - otoczony przez gromadkę małych żółtków
  • w ławach też w dużej części, może i w połowie, żółtki.

To mnie zaskoczyło, ale jednocześnie potwierdziło, że to, co wczoraj sprzedawała mi pewna nieznajoma Chinka, to nie była taka bzdura na jaką wyglądało. Otóż, podobno w latach 70. wiele duńskich rodzin adoptowało dzieci z Korei Pd. O ile powyższe zrozumiałem, to uzasadnienia już kompletnie nie zrozumiałem - podobno obydwu zainteresowanym rodzinom (koreańskiej-dawcy i duńskiej-biorcy) się to OPŁACAŁO. Nie wiem, nie pytam, nie chcę wiedzieć. W każdym razie dziś w kościele się to potwierdziło, zwłaszcza że chyba wszystkie żółtki były w wieku ok. 30 lat, co by się zgadzało z adopcją małego dziecka w latach 70.

Później pojechaliśmy z Kamilem rowerami nad morze. Po drodze przejechaliśmy przez las-park-rezerwat, takie wszystko co najlepsze w jednym: wielka przestrzeń, trochę alejek spacerowych, piękne zagajniki, pojedyńcze graby mające chyba ze 150 lat, stawy, no i STADO, całe, spore stado jakiejś zwierzyny leśnej - nie wiem, nie znam się, pewnie jakieś jelenie, kompletnie oswojone z ludźmi przechodzącymi alejkami 10m od nich. Fajne. Już wiem gdzie będę chodził kiedy będzie mi się nudziło. Generalnie jeśli zdarzy się komuś bardziej lub mniej przypadkiem znaleźć się w okolicy DTU czy ogólnie Lyngby w Danii, to radzę samemu tam pojechać/pójść, naprawdę fajne miejsce. (na wschód od DTU, mapa z googla) Samo morze jak morze, piździ i śmierdzi (czyt. świeże, rześkie morskie powietrze :). Wiosną będzie miło.

01:00, lenahtan , DK
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 stycznia 2007

Może trochę za wcześnie na jakiekolwiek opinie, ale mam wrażenie że Dunczycy są trochę dziwni. Cały czas gadają o swojej rzekomej eko-świadomości, uważając się za naród super-oświecony w sprawach środowiskowych. I niby mają trochę racji.

Ale palą śmieci. Mogą się chwalić że mają mało wysypisk ale jakoś mnie to szczególnie nie cieszy bo zamaist tego śmiecą w atmosferze która już jest jedna dla wszystkich nas.

Druga sprawa: Kiedyśtam, bodajże jeszcze w latach 60. (pewnie jacyś zakręceni hippisi wtedy byli na topie) w referendum zadecydowali, że nigdy nie zbudują sobie elektrowni atomowej. Gdzie tu ekologia? (niestety, podobny problem jest u nas, ale przynajmniej my nie prónujemy wszystkim wmówić jacy jesteśmy ekologiczni)

Kolejna sprawa: Rowery. Jeden z pierwszych widoków w Danii jaki widziałem z autobusu była jakaś stacyjka kolejowa w malutkiej miejscowości przy której był mikroskopijny parking samochodowy i GIGANTYCZNY (jak dla mnie) parking dla rowerów. A później było tego jeszcze więcej i więcej, wszędzie ścieżki rowerowe, nawet na rondach, a samochodów wszędzie malutko, nawet na autostradach. Otóż nie jest to taki do końca świadomy i dobrowolny wybór Duńczyków, bo kupując w Danii samochód płaci się 180% wartości samochodu podatku! Tak, 180%. A komunikacja publiczna jest dość droga. Także rower jest po prostu najbardziej ekonomicznym (a nie ekologicznym, chociaż to przy okazji też) środkiem transportu dla takiego przeciętnego obywatela. Inna sprawa, że w końcu ktoś wybrał ludzi na wysokich stołkach ktorzy ustanowili takie podatki i nie zlinczował za to, ale coś mi się nie wydaje że gdyby zamiast tych 180% było, powiedzmy, 30%, ludzie tutaj nadal tak chętnie jeździliby rowerami. Można jeszcze polemizować że gdyby nie te 180%, nie byłoby pieniędzy na tak dobrze utrzymane ścieżki rowerowe, ale jeszcze tyle piwa nie wypiłem żebym sam z sobą polemizował.

00:06, lenahtan , DK
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2