podróże przez czas, przestrzeń i myślnię.
wtorek, 18 października 2011

Bodajże 7 maja poznaliśmy się. Statoil, rowery, jej kolorowa bluza w łaty i wzory, jej apaszka, choć raczej ciepło, później ławka w największym lesie miejskim w Europie, udawany telefon z komendy Policji do kolegi. Zdawało mi się że ma focha, ale w końcu okazała się fajna. Umiarkowane zainteresowanie. Zero planów.

Bodajże 9 lipca przyszedłem na film, Amelię, której nie skończyliśmy wtedy oglądać. Była spontaniczna magia, była chemia, której nie zapomnę do końca życia. Mam szklane oczy i uśmiecham się jak o tym teraz myślę. Wyszedłem o 5 rano. To było nasze pierwsze spotkanie na osobności. To była nasza pierwsza randka. To była nasza data.

Później stało się dużo, bardzo dużo. Głównie dobrego, bardzo dobrego. Pamięta się dobre. Inne się WYPIERA. :)

17 października się rozstaliśmy.

Wiem, że podjąłem właściwą decyzję. Napisałem sobie nawet tutaj długie uzasadnienie, ale skasowałem je, bo nie chcę tego pamiętać przez suche zapisane słowa. Pamiętam wszystko jako lekcję: co zrobiłem dobrze, co zrobiłem źle. Wiem że dużo zrobiłem źle, chociaż nawet nie wiedziałem wtedy że to źle. Nie ma sensu użalać się tutaj nad sobą. I'm not the boy for her, and she's not the girl for me. I już. Może w innym miejscu, w innym czasie.

Sięgam do kurtki a tam kondomy. Otwieram szafę a tam zapach świeczek, których trochę nie doceniła. Przebieram się wieczorem i widzę jeszcze prawie gładkie podbrzusze, mosznę i pachy, ogolone w sobotę dla niej. Tego akurat nie miała jak docenić. Zresztą nie było co doceniać bo to żadna atrakcja że nath się ogolił, w końcu ona cały czas dbała o to po swojej stronie, również dla mnie.

Przez ponad 3 miesiące stała mi się tak bliska jak nikt inny wcześniej w tak krótkim czasie. Wiem, że zrobiłem dobrze, ale wcale nie jest przez to łatwiej, kiedy odszedłem od najfajniejszej dziewczyny z jaką się spotykałem, tyle że nie pasującej do mnie (chociaż przez pokorę mam ochotę mówić, że to ja nie pasowałem do niej). Mogę tylko czekać aż nadejdzie moment, kiedy wymienimy przyjazne uśmiechy. A do tego czasu pozostaje uśmiechać się do wspomnień.

23:31, lenahtan
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 17 października 2011

:(

17:29, lenahtan
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 października 2011

Zima, śnieg, mróz. Cisza typowa dla tej pory roku, śnieg idealnie wygłusza. Mała stacja kolejowa otoczona lasem. Spacer wzdłuż peronu. Śnieg skrzypi, jest idealnie spokojnie. Pamiętam budynek stacyjki, jest po prawo. A na wprost tylko tory tonące w śniegu, tonące w lesie. Na peronie płaszcze wojskowe. Na śniegu słychać wojskowe wysokie buty. Nie wiem skąd, ale wiem, że jest wojna, tak jakby ta ostatnia duża. Ale w pewnym sensie tutaj nie dotarła, zimowa cisza jest taka spokojna i uspokajająca. Wisi nad nami widmo terroru, ale tylko nad nami, a nie nad krajobrazem, nad tą stacyjką. Pewne rzeczy nigdy się nie zmienią, i tak ta stacyjka zawsze będzie tak samo wyglądać, lód zawsze będzie tak skrzypiał pod nogami a śnieg zawsze będzie tak samo zimny i mokry.

czwartek, 06 października 2011

Kiedy powinienem udawać, że mi nie zależy? A kiedy mam udawać, że mi zależy?

Nie rozumiem cię, kobieto.

09:21, lenahtan
Link Komentarze (3) »

Schatzu machnął ręką, ogarniając tym gestem cały wieczorny Nowy Jork: buchające laserowymi światłami i wielkimi ruchomymi holografiami, okryte łuną różnokolorowego blasku i zanurzone we mgle nieustającego hałasu miasto z kilkudziesięcioma milionami mieszkańców.

- Proszę to sobie wyobrazić, proszę to sobie tylko wyobrazić...!

Hunt patrzył na niego i widział kolejnego samozwańczego proroka hermetycznej religii, głosiciela nowego ultrazjadliwego kultu. Te rumieńce, ten szczery uśmiech, ta duma unosząca pierś, ten ogień wiedzy.

- Chce pan, żebym to przesłał wzwyż? - spytał. Schatzu zszedł o kilka stanów energetycznych w dół, po czym puścił oko do Nicholasa.

- Dawno już posłałem - rzekł. - Myśli pan, że inaczej cokolwiek bym panu powiedział?
Hunt odwrócił wzrok. Więc poszło; już przesądzone. Sam nie bardzo wiedział, czego się właściwie przestraszył.

Ciemne okna jednak kusiły. Niczym natrętna mucha, krążyło tuż ponad powierzchnią świadomości wspomnienie zgryźliwego uśmiechu Numeru 5. Swoją drogą, jakże się on nazywa? Wiedział, bo przecież nieraz czytał dossier tamtego, ale jakoś nie mógł sobie przypomnieć.

Wrócił Hunt do Centrali. Dyżurny potwierdził: piąty sarkofag był już pełen. Nicholas zjechał zatem piętro niżej. Nic nie mógł poradzić: ręka sama sięgała, by zdrapać świeże strupy. Z masochistyczną determinacją maszerował przez puste korytarze. Nie zdawał sobie nawet sprawy, jak mocno zaciska szczęki. Raz dojrzał swe odbicie w naściennym lustrze i aż przystanął. Źle z tobą, Nicholas, już nawet krok ci zesztywniał. Cofnij ty ramiona, unieś nieco głowę. No. Lepiej.

Korytarze Centrali były puste nie tylko ze względu na porę: w istocie nigdy nie panował w nich tłok. Względy bezpieczeństwa uniemożliwiały zatrudnianie w Programie ludzi pracujących tylko przez internet, lecz i tak większość zleceń Zespołu wykonywano poza Centralą. Korytarze - wyłożone ciemnozielonym chodnikiem, o ścianach pokrytych gustowną boazerią - upodabniały Centralę do biur starych, konserwatywnych kancelarii prawniczych. Nicholas szedł w ciszy.

Na wewnętrznych drzwiach sali sarkofagów ktoś nabazgrał zielonym flamastrem: ŻYCIE PO KONTAKCIE. Hunt odruchowo uniósł dłoń, by to zmazać, ale niespodzianie uderzył go autentyczny humor owego graffiti i powstrzymał się. Czy już tak nisko upadłem? - pomyślał wszedłszy. Taka to ze mnie karykatura szefa, co tropi i tępi dowcipy podwładnych?

Numer 5 leżał w sarkofagu najbliższym drzwiom. Tak, jak i pozostałym pogrążonym w śpiączce, spod półprzeźroczystych warstw nadopiekuńczej maszynerii dobrze widać było tylko pozbawioną wszelkiego napięcia i wyrazu twarz. Hunt po raz pierwszy widział Czarnego (a raczej teraz już tylko jego puste ciało) bezpośrednio, bez zafałszowań przekazu elektronicznego; na żywo. A po prawdzie - Nicholas wydał z siebie niepewny chichot - na martwo.

Dotknął policzka nieprzytomnego mężczyzny. Ciepły Wydało mu się to dziwnie nienaturalne. Powinien być zimny. Z trudem powstrzymał powtórnie podchodzący mu do gardła chichot. Wiedział, że dyżurny lekarz widzi go na swych ekranach, a mimo to nie mógł opanować dłoni. Dotarła do oczu Numeru 5, nakryła powieki, palce nacisnęły na gałki oczne.

Jacek Dukaj Czarne Oceany

środa, 05 października 2011

Skończyłem czytać Jądro ciemności Conrada. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony było super, zwłaszcza do momentu spotkania Kurtza. Z drugiej strony po spotkaniu z Kurtzem moja ciekawość znacznie spadła. Może to moje braki edukacyjne w dziedzinie języka Szekspira, bo czytałem w oryginalne, może one sprawiły, że choć rozumiałem słowa, nie rozumiałem tego co między nimi, metafor, nastroju... ale ten nastrój był! Cały rejs w górę Kongo aż kipiał od emocji. Kim jest ten Kurtz? Nie można się doczekać normalnie! Jakaś wielka osobowość! Ciekawe jak będzie opisana? Ciekawe czego dokona w tej powieści? A tu klops. Nie zrobił nic, powiedział kilka zdań i umarł. Rozczarowanie. Po spotkaniu Marlowa z Kurtzem jedyne fajne momenty to ostatnie słowa tego drugiego, oraz ich sfałszowanie przez tego pierwszego. Może inaczej odebrałbym tę powieść, ten mrok wychodzący z niej, może to byłoby dla mnie bardziej poruszające, gdybym nie zanurzał się regularnie w czarnych oceanach, tam to dopiero jest horror, horror.

Teraz Czas Apokalipsy.

poniedziałek, 03 października 2011

You're taking a ride to the underworld where death lurks in dark corners and trouble is never far away. Wild gangs rule by fear and prey on the weak, lone killers haunt the highways and dark forces move through the shadows. In this lowlife realm of freaks and psychos only the tough or the streetwise survive. And you might be big, but to stay big you've got to keep moving, stay sharp and hit first.

Enter a deadly future where no prisoners are taken, and the killing never stops.

Enter the underworld.