podróże przez czas, przestrzeń i myślnię.
środa, 31 października 2007

Nie biegałem już chyba od ponad tygodnia. Znowu się opuszczam; czasu zaczyna brakować. Dziś do 2 w nocy udawałem że pracuję, co bez względu na efekt (marny zresztą) nie jest dobrym kitem na zaklejenie 2, 3 a może i 4-tygodniowego opierdalania się. A jutro tam idę i się tłumaczę. Nienawidzę tego słuchać, Przemek (kierownik) nie jest zły, on ogólnie jest bardzo uprzejmy, "Nathanel, zależałoby mi, żeby to jak najszybciej skończyć..." Kurwa mać. Wiem.

No więc nie biegam. Szedłem stałą trasą (pijąc o godzinie 21 nic wart napój energetyczny za 2.99zł, smakował kiepską oranżadą a zawartość kofeiny miał iście homeopatyczną; efekt: chce mi się spać od 22), zobaczyłem tam stare znajome drzewo, chyba jabłonka, ma koronę jak choinka. Z daleka wygląda jak dekoracja świąteczna, brakuje tylko lampek. W każdym razie, już bez liści. Kilka dni temu jeszcze tam były.

Mokry wieczór, kałuże na asfalcie, jesienne przemijanie (nie tylko) liści i to właśnie drzewo obok którego zawsze przebiegam przypomniały mi coś sprzed roku. (Boże, jak to dawno.) Wtedy: bieganie nie jako trening siły woli; ale: bieganie jako czyszczenie czaszkokibla, usilne, wielokrotne spuszczanie wody po tym gównie które mi wtedy spadło na głowę. Jakoś w wakacje pisałem, że zatoczyłem przez ten rok coś w rodzaju koła, ale nie trafiłem w to samo miejsce, przesunięcie w kolejnym wymiarze, można zwizualizować w 3d, wychodzi spirala, ładny motyw. O ironio losu.

Miał się zmienić kontekst, ale vagina nie. Jednak spirala się skrzywiła i wyrzuciła mnie z rocznej pętli czasu troszkę gdzie indziej niż planowałem. Tamta vagina zniknęła, pojawiłaś się ty, kontekst wrócił podobny. I teraz trochę tęsknie za tobą, nie da się ukryć, tęsknię za twoim tyłkiem, za twoimi oczami. I ten kontekst jest niby trochę inny, aura tymczasowości, wręcz zdziwienia, nie ma miliarda wspomnień, tylko garść dziwacznie przemieszanych doznań fizycznych i intelektualnych. Ale jednak, tęsknię. Nie wiem, czy bardziej chciałbym wgłębić się w dyskusję z tobą nt. 'czym jest Sztuka?' czy po prostu cię zerżnąć. Jedno i drugie.

Ale to już teraz nie ma znaczenia. "To już teraz nie ma znaczenia", taaak, te słowa się często pojawiały w naszych rozmowach. Rozmowa jak wyścig zbrojeń, "to już teraz nie ma znaczenia" jak rozwiązanie ostateczne, nuklearny holocaust, fraza, która daje ultymatywną przewagę nad drugą osobą i doprowadza do końca świata. Chyba oboje jej (tej frazy) nie lubiliśmy, ale to był w istocie wyścig zbrojeń, które pierwsze z nas sięgęło po "to już teraz nie ma znaczenia", to z nas wygrywało, nagle znajdując się na fali uderzeniowej pchanej rozsądkiem. "Tak musi być", najlepiej wszystko zjebać na fatalizm naszej sytuacji i racjonalizm, którym musimy się kierować.

Rzecz w tym, że teraz to już naprawdę nie ma absolutnie żadnego znaczenia.

Ale czy kiedyś miało? Czy naprawdę ci ufałem? Czy mogłem ci zaufać? Ta gliniana figurka którą dla mnie ulepiłaś - nie ta, która stała na półce, tylko ta, którą widziałem patrząc na ciebie (bo przecież w oczach innych ludzi jesteśmy jak gliniane figurki, lepimy je na pokaz dla otoczenia, taki a taki image, mniej lub bardziej świadomie) - czy była równie krucha? Też rozbiła się zaraz po tym, kiedy ostatni raz się widzieliśmy?

Czymkolwiek byłaś, dobrze wychodziłaś na zdjęciach. Zrobiłem ich więcej niż myślisz, nagrałem też filmy, patrzyłem na ciebie przez różne soczewki. Teraz moja podświadomość opycha się popcornem i rozwalona na wygodnej kanapie wtórności i naśladownictwa ogląda to wszystko kilka godzin na dzień, uczy się na pamięć twoich ruchów, twojego zachowania, twojego sposobu myślenia. Nieprawda, że nigdy się nie zobaczymy. Coraz więcej ciebie widzę w lustrze.

Mokry wieczór, kałuże na asfalcie. Lubię tę atmosferę. Od niej zaczęło się moje pisanie, tak naprawdę bazgranie, mimo że litery są równe i poroste, to chyba Verdana? Ten nastrój kiedy coś się leje ze mnie na klawiaturę, coś jak szlam. Piszę i nawet nie wiem sam ile w tym prawdy a ile szczerości.

wtorek, 30 października 2007

Muzyczny rebus:

He doesn't look a thing like
your own personal Jesus,
he will not forget.

Yesterday I woke up sucking a lemon

poniedziałek, 29 października 2007

Neuter wrócił. a? Nie żeby to mnie jakoś specjalnie obchodziło, ale po prostu wiedziałem, że wróci.

Ja wróciłem. (O konferencji kiedy indziej.) Wróciłem z całkiem niezłym nastawieniem. (Coraz lepiej idzie mi sztuka entuzjastycznego wnikania w świat wokół mnie, wsiąkania w tę śmierdzącą gąbkę, z jednoczesnym bardzo ostrożnym zachowaniem dystansu do wszystkiego i wszystkich. Rezerwy sceptycyzmu.) O tym też wiedziałem wcześniej.

W ogóle wiem o wielu rzeczach wcześniej. Tak bardzo nie rozumiem świata wokół siebie, tak niewiele robię, żeby pokierować otoczenie tam gdzie chcę, a jednak coraz częściej mogę się czegoś spodziewać. Nie trzeba się bać, nie trzeba marzyć, wystarczy czekać na wcześniej upatrzonej pozycji.

I tak, przymknięte oczy, wystaje tylko głowa, wiatr czasu rozwiewa włosy, zwierzę zatulone w cierpliwość.

czwartek, 25 października 2007

Wyspy sentymentu? Miniaturowe tsunami je zatopi.

Mam idiotyczny zwyczaj trzymania alkoholi, które otrzymałem na jakieś szczególne okazje, na inne szczególne okazje. Trzeba z tym skończyć. I w ogóle z wieloma zwyczajami trzeba skończyć. Dlatego też jutro w brutalny sposób rozprawię się z małą bezbronną butelką Martini. Chowała się w barku ponad miesiąc, a to o ponad miesiąc za dużo. Już jutro rozerwę ją na strzępy, owinę się jej jelitami, żeby rozgrzały moje wnętrzności, wyrwę jej gałki oczne razem z nerwami, żeby samemu lepiej widzieć, zjem wątrobę, żeby skuteczniej radzić sobie z przyswajaniem toksyn postalkoholowych.

A jutro wstaję o 6.30! Cholera.

Niebo przygasa. Siny ocean wysycha. Czasem tylko w momentach samotności, kiedy za oknem stal się leje z nieba zimnym strumieniem, coś wraca. Ale nie o tym dziś.

Zainstalowałem licznik. No cóż, niewiele odwiedzających, ale spodziewałem się jeszcze mniej. W końcu zorientowałem się, że w większości są to przypadkowe trafienia, przez szukanie na guglach słowa "fiuty" (fiuty mam w tytule jednego z wpisów). Ja jebe.

Praca stoi, a konkretniej, leży. Leży i stygnie. Co więcej, będzie dalej stygła kolejne kilka dni, bo...

Bo przyjęli mnie do tej pieprzonej sekty! Ciekawe, czy kogoś odrzucili, będą robić drugą rekrutację w tym roku akademickim, widocznie brakuje im świeżej krwi, łykaja wszystkich jak leci. Kolejny powód do niechęci. No, ale znowu nie o tym. Otóż, jadę na trzydniową "konferencję rekrutacyjno-integracyjną", zwaną pieszczotliwie "weźcie-20zł-gotówki-na-kaucję-dla-ośrodka-na-pokrycie-ewentualnych-zniszczeń"; krótko: na popijawę. I przeraża mnie ona, wizja 3 dni poza domem, akurat kiedy jestem leniwy, nic mi się nie chce, PRAGNĘ leżeć na suficie i patrzyć na tapczan albo odwrotnie, słuchać muzyki, iść do kina, na urodziny Basałaja, być z ludzmi których znam, wszystko, tylko nie *TO*. I przeraża mnie wizja popijawy, naprawdę mam nadzieję na jakieś idiotyczne zabawy w stylu teambuilding poprzez zjazd na linie albo budowanie wieży z balonów i papierowych kubków. Żeby się skupić na jakimś celu, na jakiejś aktywności, przez co ograniczyć interakcje. Bo jak to mają być wykłady (rzyganie samouwielbieniem, biegunka wzajemnego kadzenia sobie i, uwaga, z wielkiej litery, Organizacji) przeplatane imprezami (o, nie znamy się, potańczymy? poruchamy? porozmawiamy o arcyciekawych zagadnieniach z zakresu HR lub marketingu?), to ja... kurwa, nie wiem :( Wiem tylko, że im dłużej o tym piszę, coraz bardziej nie mam ochoty jechać, chociaż cały czas tak samo dobrze wiem, że lepiej dla mnie będzie, jak pojadę.

Poza tym... nie jest tak źle. Wlazłem wczoraj na dwie wyjątkowo wredne ścianki. W przypływie radości i entuzjazmu wpadłem na genialny pomysł, żeby w typowy dla siebie sposób zaznaczyć swoją obecność i magnezją nabazgrałem na suficie 12m nad podłogą krzywe LOL. I co? I nie wstydzę się tego dziecinnego gestu, co więcej, nadal poprawia mi humor :]

wtorek, 23 października 2007

Im mężczyźnie bardziej zależy na partnerce, tym słabsze pojawia się podniecenie seksualne

Dr Andrzej Depko, seksuolog

Opadnie mgła, opadnie kurzawa, lub, używając (nadużywanego zresztą) trybu poetyckiego, niebo się wypali. Wtedy wyłonią się koła zębate, obracające się, powoli, ale jednak coraz szybciej, mechanizm ruszył. Jesienią zawsze coś się dzieje, tej jesieni coś musiało pęknąć. Są zmiany, coraz wyraźniejsze. Wynoszę z płonącego raju co się da, łapczywie chwytam się strzępów cienia drugiego człowieka, bo u mnie są to nasiona czegoś wielkiego, może dobrego, może złego, ale na pewno niesamowitego.

Naturalnie, nie wszystko (czego chcę) uda mi się złapać i zatrzymać dla siebie; tak jak i nie wszystkie pamiątki chcę zachować, niektóre po prostu się przyklejają do mózgu, mimo że uwierają trochę pod czaszką. I tak na przykład złapałem się na lizaniu internetu. Nowa usługa Google: emotions.google.com. A tam nie ma okruchów niczego ani smaków nikogo; tak więc złapałem się na lizaniu rdzy, metalicznie/krwiście smakujące płatki kaleczą szkliwo zebów. Pudło. Zło zło zło, peryskop w dół.

Nie pracuję. Tzn nie chodze do pracy. Umówiłem się, że będę pracował w domu. I tak od tygodnia nie ruszyłem palcem. Nie mam pojęcia jak się z tego wywiąże, nie chce mi się pracować i już. Żebym jeszcze coś innego robił. Ależ robię! Tylko to mało mało mało! Zamieniam się w sępa, idę złapać strzepa. A te strzępy to teraz jak kofeina.

Run through forests on a hot Summer day
Trying to break down walls of numbing pain

Niebo płonie. Jaśnieje przepięknym blaskiem, gwiazda w zenicie, żarówka 500-watowa, odsłonięty rdzeń reaktora w Czarnobylu, podświetlnie leniwe strumienie plazmy wyrzucane z kwazarów. Sunę na nich na okrak, palą mi krocze.

Taste the water from a stream of running death
Eat the apple and cough a dying breath

A pod niebem, dla kontrastu, spokojny i smutny ocean, tym razem nie czarny, tylko siny, blada szaro-błękitno-zielonkawo-brudna, chora maź. Trochę ciepła. Wydaje się taka lekka, taka rzadka, a tonę w niej powoli, choć konsekwetnie, kontynenty tonące w płaszczu Ziemi robią to szybciej i z większym wahaniem.

Feel the sun burning through your black skin
Pour me into a hole, inform my next of kin

Zapach orzechów. Szorstki dotyk. Zdecydowane ruchy. Opowiedziane historie. Niedopowiedziane historie. Widok wzroku, spojrzenie jak kafar. Tępe uderzenia bodźców zmysłowych, wspomnień moich i nie moich, ich pomieszanie. Aż mną rzuca, kiedy wracają do mojej głowy.

Run through graveyards on a dusty Winter day
Spit the dirt out and try to say...

Give me the freedom to destroy
Give me radioactive toy

Chcę eksplodować. Z ogromną siłą. Tylko jeszcze nie wiem jak.

piątek, 19 października 2007

Niebo płonie. Miotają się po nim zielone smoki zionące ogniem. Co jakiś czas potajemnie je dokarmiam.

 
1 , 2 , 3