podróże przez czas, przestrzeń i myślnię.
wtorek, 30 września 2008
poniedziałek, 29 września 2008

Wyrazy wyryte w kamieniu, wyżarte w ołowianych płytach? Nie spodziewałem się, że zapamiętasz to tak dokładnie, słowo po słowie, zdanie po zdaniu. I nie spodziewałem się, że je przeczytam. Nie jest to przyjemne. Okrutne streszczenie kilkunastu minut. Ale jestem ci wdzięczny za tę szansę powrotu do tamtej rozmowy, chociaż przecież nie zrobiłaś tego dla mnie, to jednak: tak, jestem ci wdzięczny. Za pomoc w poznaniu siebie.

niedziela, 28 września 2008
Pogoda była zajebista :] Smutne jest tylko to, że to chyba ostatni wyjazd w tym sezonie (chociaż kto wie), ale i tak anrzekać nie mogę. W ogóle pierwszy raz od dawna chyba spędziłem 2 dni całkowicie z dala od wszystkiego, prawie odcięty od świata i całej jego zawartości, połączony cieńkimi nitkami tylko z 2-3 osobami na zewnątrz. Umysł odpoczywał.
sobota, 27 września 2008
Skały! :D Trzeci raz w tym roku, więc chyba nieźle. Tylko żeby nie było takiego falstartu jak ostatnio, kiedy pogoda ZABIJAŁA.
czwartek, 25 września 2008

Przypomniało mi się, że jak jechaliśmy gdzieś-skądś, trzepiąc się między Częstochową, Krakowem i Katowicami a leżącymi mniej więcej na środku tego trójkąta Podlesicami, to w pewnej chwili droga byłą zablokowana przez wściekle pomarańczowego pana który manualnie sterował ruchem wahadłowym. Myśleliśmy, że to roboty drogowe. Ale nie. Kiedy przejeżdżaliśmy przez zablokowany odcinek, na jezdni, raczej trochę z boku, ale jednak potwornie ostentacyjnie, przeraźliwie bezczelnie i okrutnie niemo a jednocześnie wymownie leżał but. Trampek.

Death whispered a lullaby

 

snatch
 

 

10:17, lenahtan
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 września 2008

Jak się nic nie dzieje to nie ma jak pisać. Jak się za dużo dzieje to też nie ma jak pisać.

Czyżby?

Powoli zbieramy się do kupy, płyny zaczynają znowu krążyć, neurony znowu trzaskają, coraz śmielej.

Im więcej żyję, tym bardziej mi sie to podoba.

środa, 17 września 2008

I stanął Nathanel naprzeciw Niej - Niezwyciężonej.

I starły się dwie siły. Było ciężko.

I pojednał się Nathanel z Victorią nad biszkoptami.

Było naprawdę ciężko, Wiktoria, lat 0 miesięcy 9.5, generalnie nie lubi obcych, a mnie widzi na tyle rzadko, że jestem obcy. Albo byłem. Na mój widok wyciągała zawsze cały swój pieprznięty arsenał czający się w tych malutkich strunach głosowych. Jako że nie znam się na dzieciach, nie umiem się z nimi obchodzić i generalnie nie lubię ich z wzajemnością, a przede wszystkim nie cierpie ich płaczu, zawsze po prostu spierdalałem z miejsca zdarzenia, jednocześnie wołając matkę W. żeby ratowała (W. i mnie też).

Wczoraj postanowiłem zawalczyć, i opłacało się. Nie bez znaczenia był zapewne fakt, że pojednanie miało miejsce nad biszkoptami, które mała wchrzaniała jakby nie było jutra. Także z mojej ręki wchrzaniała. Jak oswajanie zwierzątka ;] W każdym razie W. się do mnie przyzwyczaiła... na razie. Naturalnie, dystans musiał być zachowany, jakiekolwiek wzięcie na kolana nie wchodziło w grę i wymagało natychmiastowej interwencji mamy.

Franek, lat 0 miesięcy 8.5, nie ma takich problemów.

 

(Niezły kontrast pojawia się przy porównaniu takich dzieci ze starym dziadkiem, którym trzeba sie opiekować przed śmiercią. Kontrast wyrosły na gruncie podobieństwa - tak samo się karmi, też pieluchy trzeba zmieniać, czasem przytrzymać żeby sobie krzywdy nie zrobiło.)

wtorek, 16 września 2008

 

 

Bardziej plastyczna część twórczości Ediego800 i jego Kultu Gumowych Manekinów. W potwornie mocnej i zmiksowanej dawce.

Moja ucieczka. Absurd. Ale i kultura - bo dla mnie to przejaw kultury, sztuki. Mówię wam, kiedyś ludzie docenią pacjentyzm i zajebizm jako kluczowe wręcz nurty Polski przełomu wieków.

No dobra, trochę żartuję. Ale tylko trochę.

A poza tym, uwielbiam to poczucie humoru. Odchowałem się na nim :P 

Przechodziłem wczoraj koło Szkoły Podstawowej Numer O Ile Dobrze Pamiętam Sto Sześćdziesiąt. Kiedyś, w czasach, które możnaby dziś nazwać wolną amerykanką (chociaż Ameryki to w tym za grosz nie było) czyli w czasach, kiedy obok praw autorskich istniały równie respektowane lewa autorskie, czyli bardzo prężny i szanowany rynek piractwa (które jeszcze tak się nie nazywało) - wtedy to w budynku tej właśnie Szkoły Podstawowej w Centrum Miasta co Niedzielę zbierała się Giełda Komputerowa. Istytucja wielce szanowna i poważana. No więc przechodziłem koło tej szkoły, tzn Szkoły! I zobaczyłem, że wymienili w niej drzwi, na takie, hy! plazdykowe, z szybą. I dzięki temu pierwszy raz od niepamiętnych czasów ponownie spojrzałem w głąb korytarza, na którym kiedyś na stolikach rozstawiane były Commodore 64, Amigi różnorakiego typu, Atari stłamszone gdzieś w swoich brzydkich i szarych obudowach, i 'profesjonalne komputery' typu 286 czy też 386 (a może nawet rewolucyjny 486? nie pamiętam), w zasadzie też w brzydkich i szarych obudowach, ale większych, co napawało pewnym rodzajem respektu. Przypomniał mi sie wtedy zapach przypalanych zasilaczy, ciepłego i brudnego plastiku, świeżych dyskietek (przecież to arcydzieło przemysłu chemicznego), zapach różnych dziwnych ludzi i zapach szkolnej stołówki (bo tam też wypuszczała swoje macki Giełda). Przypomniały mi się też te wszystkie dziwne gry, które tam zobaczyłem, a niektóre nawet nabyłem (no dobra, nabył je był tata), chyba za cenę 20000zł za dyskietkę (tzn, za przegranie jednej dyskietki, bo nośnik trzeba było chyba samemu przynieść, chociaż pewien nie jestem). Pamiętam nawet różne dziwy, typu DOOM, który zrobił na mnie kiepskie wrażenie - gracz, tzn. Gracz! obsługiwał go prawie całą klawiaturą, miotając palcami po klawiszach jak szalony. Było to dla mnie nielogiczne, jak można grać w strzelankę bez joysticka. (dzisiaj nie wiem jak można grać bez myszki, ale to już nie mój problem). Generalnie na kilka metrów chodnika przebytego zatopiłem się we wspomnieniach, kiedy zapiszczał telefon.

Pomyłka.

Ale nie taka zwykła. Wiadomość była do mnie, ale ktoś pomylił dawanie z braniem i odrzucił rzekomy dar, o który sam tęsknie prosiłem. Przy okazji wyrywając mnie z ciepłego śluzu wspomnień. Nagle zrobiło się bardzo zimno, stanąłem w miejscu jak dureń, a na swoje usprawiedliwienie miałem tylko czerwone światło na przejściu dla pieszych - usprawiedliwienie kiepskie, bo i tak żaden samochód akurat nie jechał. W końcu, ratując resztki honoru, ruszyłem szybkim krokiem w ostatniej chwili, tj. zanim zmieniło się na zielone. Myślałem żeby odpisać - i odpisałem, że nie, że ja nalegam, że jednak, że to i tamto - tylko kilka słów - a ja, żonglując interpunkcją i synonimami, zmieniałem ich wydźwięk z ciepłego na zimny, z żartobliwego na cyniczny, z szorstkiego na uległy, i tak w kółko, aż w końcu minąłem ostatnie przejście dla pieszych, ostatnie czerwone światło, wykasowałem cały tekst w pizdu i wszedłem do pubu Biblioteka, usiadłem pod regałami pełnymi książek fascynujących swoimi wytartymi okładkami, zwłaszcza w tym pubowym półmroku, i mając je, książki, ostentacyjne w dupie, zacząłem pić piwo, żartować i nie-przejmować-się-niczym.

Oczywiście, do czasu. Ale o tym nie dziś.

Staring right back
Spiritual decay
(Still see king)
Frozen in time
Mourn this departure
(All wat ching)
Calling me back
Closure to bleak matters
(I'm lea ving)
End of a search
Coming of morning
(... ... ...)
Calling me back
Closure to bleak matters
(I'm lea ving)
End of a search
Coming of morning
(Re turn ing)

Jak również:

 

Deliverance
Thrown back at me
Deliverance
Laughing at me

 

- Powiedz mi czym gardzisz a powiem ci czym jesteś.
- Gardzę cytowaniem nic nie znaczących piosenek w blogach.
- Sam to robisz.
- Więc kim jestem?
- Gardłem.

Właśnie odebrałem list, idę czytać.

Ty też mi coś napisałaś w drodze, jestem prawie pewien. 

 
1 , 2