podróże przez czas, przestrzeń i myślnię.
piątek, 19 lipca 2013

Jutro ostatni dzień pracy w tygodniu, po czym, o ile dam radę rano wszystko spakować na weekend i zabrać ze sobą, piwo z ludźmi z pracy - ale poprzedniej. Z ludźmi z nowej pracy jakoś nie czuję kontaktu. Filip wolno nawązuje znajomości (a później wolno je traci/niszczy). W każdym razie piwo, o ile w ogóle, to pospieszne, bo później od razu na Rudę, do eks-rudej, po czym na weekend w skały. Rozpierdala mnie to jak dużo czasu spędzam z Kamilą, mam wrażenie że więcej, niż kiedy się spotykaliśmy. Czuję się z tym dziwnie przed samym sobą, ale ciągle sprawdzam w środku czy mam z tym problem, i cały czas Filip mówi Filipowi, że nie ma problemu. Zero, null, obojętność. Sensi pewnie by powiedziała że to u mnie przecież normalne. A ja po prostu obrzydziłem się Kamilą rozkładającą nogi dla obcego faceta zaraz po mnie. Tak, jakbym uważał to za coś złego. Obiektywnie: nic złego, subiektywnie: no kurwa mać. Później jeszcze sobie uświadomiłem, że pewnie byłem taki sam bo poszedłem z nią do łóżka krótko po S. Jeszcze później przypomniałem sobie, że S. chyba poszła do łóżka z kimś kilka dni po mnie. Co mi wtedy chyba nie przeszkadzało. Teraz też zresztą nie. Cóż, może znowu obojętność, a może double standards. W sumie co by wtedy nie zrobiła, wewnętrznie bym ją próbował wytłumaczyć. I pewnie jeszcze obwinić siebie. Tak więc już jutro skały, z Kamilą, która chyba jeszcze wierzy że jesteśmy przyjaciółmi, choć ja już chyba nie daję jej ku temu powodów, zamiast tego daję jej butelkę Coli z "Kumpelą" na etykiecie. Znajomość nasza jest tak praktyczna jak handel wymienny. Transakcje wiązane, jadę w skały, jedziesz w skały, połączmy to, dogadujemy się dobrze, więc możemy pośmiać się przez tel, chcesz iść ze mną na wesele, chcę żebyś pomogła mi wybrać ciuchy, deal. Nie wiem ile z tego byłoby w tej chwili możliwe bezinteresownie. A także już jutro skały z całą pojebaną sekcją wspinaczkową pełną ludzi których bardzo lubię i jednocześnie niedobrze mi na samą myśl o weekendzie z nimi. Nie wiem dlaczego. Chyba za dużo osób, za dużo powiązań i interakcji, za dużo pierdolenia się z innymi ludźmi, ich interesami i życzeniami. Tęsknie za czasmi, kiedy jechałem z Michałem i Kornelią albo Ulą w skały i byłem szczęśliwy. Tęsknię za Sensi. Znowu przypomina mi się jak prosiła, żebym jej nigdy nie zostawiał, nawet jak tego będzie chciała. Jak Fightclub, jak będę nigrzeczny to utnijcie mi jaja, będę wtedy mówił że macie tego nie robić ale nie słuchajcie mnie. No więc nie posłuchałem kiedy się pożegnała po raz n-ty, kontakt się utrzymał przez jakiś czas. "Kontakt." Ale zamilkła. Tymbardziej powinienem się dobijać. Ale może naprawdę nie chce. W potrzasku adecyzyjności. Nie mogąc się zdecydować tkwi się w jednym miejscu, szamocząc się wokół jednego punktu, niczym dziki zwierz we wnykach. Chociaż dobrze wiem że tym razem mogło być naprawdę na dobre. Albo przynajmniej na miesiące, lata. A przez perturbacje z telefonem nawet nie mam wszystkich wiadomości które z nią wymieniałem ostatnio. Mam nadzieję, że jak dumbphone przyjdzie z powrotem od elfów i skrzatów serwisowych to uda mi się to odtworzyć. Ogólnie mam nadzieję. Chyba jeszcze nie teraz. Może kiedyś. Mam nadzieję. Jest 3:29 i nie śpię. Ciekawe, czy w przyszłości będę pamiętał dlaczego. Powinienem. Raczej będę.

03:31, lenahtan
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 lipca 2013

No dobra, jest łatwa.

PS. Znowu: żeby nie zapomnieć - piszę. 1 lipca, tydzień po zajebistym, ostatnim seksie przyjeżdża Kuttagio Ridiculo z Italii. W ciągu 3 dni Kuttagio jest już w niej. 3 lipca, tydzień po tamtej środzie, ona jest cała zauroczona czymś tak z dupy bezsensownym że to aż trochę zabawne.

Wkurwienie ale i buddyjska wdzięczność za tę lekcję. Pokora, nauka, każde nowe doświadczenie jest dobre. Amen&Zen. Życie jest dobre.

00:26, lenahtan
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 lipca 2013

Wow, zacząłem klikać w linki po prawej stronie i przeżyłem powrót do przeszłości. Oczywiście większość tych blogów już nie jest aktualizowana, o autorze jednego wiem że nie żyje od lat. Na razie nie mam ochoty sprzątać tego blogrolla, jak to się w zamierzchłych czasach chyba nazywało. Chyba tylko Ostatnia Mohikanka pozostała na placu boju. Przeszkadza mi nowa zawartość shh. Brakuje mi zwierzęcia zatulonego w strach.

00:55, lenahtan
Link Komentarze (3) »
środa, 03 lipca 2013

Piszę to bo zapomnę. A jakoś zawsze mam ochotę pamiętać. Praktycznie nigdy nie piszę, potem zapominam i jakoś później szkoda.

Na majówce byłem ze znajomymi w Górach Stołowych. Fajna grupa, było wesoło. Wstawiony wślizgnąłem się do łóżka Kamili, przytuliłem mocno od tyłu. Trochę tak leżeliśmy/spaliśmy. W końcu odwróciła się do mnie i zaczęliśmy się całować. Tak po prostu. Potem wyszedłem z łóżka i wróciłem do swojego pokoju, starając się zrobić to jak najciszej, poza tym że spierdoliłem się z łóżka tak, że cały domek się chyba przebudził na moment. Zabawne to było. Jak dzieciaki na koloniach. A jak rano zobaczyłem to łóżko w świetle dnia i trzeźwości to się zdziwiłem jak się tam w ogóle zmieściliśmy w 2 osoby.

Od miesięcy, może dłużej, wiedziałem, że mógłbym ją mieć, gdybym tylko chciał. Brzmi dumnie, ale tak czułem. Natomiast sama myśl parowania się z Kamilą już dawno, dawno temu została zarzucona, jako dziwaczna i raczej bez sensu. No a teraz, na majówce, nagle zaiskrzyło na synapsach, myśl wróciła.

Zaiskrzyło też w wiadomościach. 6 maja (pierwszego dnia po powrocie!) spotkalismy się w ogrodzie botanicznym. Profanacja! Nie chciała spacerować, nudziło ją to miejsce. Ale spotkanie zaliczyłem do udanych. Mamy o czym rozmawiać, fajnie się całujemy. Dwa dni później pomogła mi w zakupach ubraniowych, m.in. znalazła mi zajebista czarną koszulę. Tego samego dnia wieczorem dostałem kosza przez SMSa. Wie, że nigdy się we mnie nie zakocha. Logiczne myślenie w głowie mi się rozjechało. Jak to, przecież mogłem ją mieć od miesięcy, a tu po 3 dniach od razu ściana? Ucierpiała moja duma, moje męskie ego. Poza tym kto wyjeżdża z zakochiwaniem się, a tym bardziej niemożebnością zakochania się, po 1 randce? Wiadomo, nic się nie stało, ale kilka dni chodziłem podkurwiony.

13 maja pojechałem do niej na film, w czarnej koszuli, z jej ulubionym winem i nastawieniem że co jak co, ale mojego ego nie wolno tak olewać. Zajebiście dobry seks 3 razy jednego wieczoru można chyba określić sukcesem. Nie umiałbym jej nazwać łatwą, ale no.... trudno nie było. Tak zaczęło się spotykanie. Przekonałem ją argumentacją w stylu "you only live once", co łatwo do niej przemawiało, a mi kolejny raz udowodniło jak dobrze umiem ściemniać kiedy robię to nieświadomie.

Ach, 13 maja, równo miesiąc po 13 kwietnia, kiedy to okazałem się być trzynastym. Jakże pamiętne daty. Tej wcześniejszej nie muszę nawet zapisywać żeby pamiętać.

Przez kolejne 3 tygodnie żyłem jedną nogą w raju. I może penisem. Jeszcze nie pracowałem, ona mogła późno wstawać, więc wieczory należały do nas. Przy tym wszystkim nikt z licznego grona naszych wspólnych znajomych nic nie wiedział, co było zabawne, momentami irytujące, ale taka była umowa. Chyba 22 maja zostałem u niej na noc. Następnego dnia rano trochę za długo zabawiliśmy (się) w łóżku, odjechał mi autobus i wracałem taksówką żeby zdążyć na procesję Bożego Ciała. Chcę to pamiętać, wesołe wspomnienia.

1 czerwca wyjechałem na wycieczkę rowerową na Mazury, 9 czerwca wróciłem, 10 poszedłem pierwszy dzień do pracy, po pracy chyba byłem u niej. 14-16.06 byliśmy w Tatrach, ja z Kamilą oraz z Michałem i Krzysztofem zwanym inaczej, i wtedy nastąpił coming out. Chłopaki byli w ciężkim szoku, ale weekend w górach udał się bardzo dobrze, zwłaszcza że nikomu nic się nie stało. Kilka dni później z miejsca, gdzie najbardziej się sraliśmy ze strachu tj. na stromym płacie śliskiego śniegu, ktoś spadł i zjechał do bazy. Wspomnienia dobre.

W kolejny weekend (22-23.06) byłem na spływie kajakowym z firmy, ona była na kursie wspinaczki w skałach. Stęskniłem się za nią przez ten weekend, w poniedziałek znowu był nieziemski seks, później długie rozmowy w łóżku, takie najlepsze, o wszystkim i o niczym, o ważnym i nieważnym, później znowu nieziemski seks, a jeszcze później wstaliśmy z łóżka, ubraliśmy się i zrobiło się... nudno. Następnego dnia była inauguracja polówki, w parku siedzieliśmy razem i oglądaliśmy zaskakująco przyjemny film. Podobno wyglądaliśmy razem uroczo, ona w kapeluszu, ja w czuprynie. O północy jeszcze do niej zadzwoniłem lekko wstawiony pogadać o filmie, a w środę rano leżąc jeszcze w łóżku przeczytałem na telefonie długiego maila zaczynającego się od "Filip.<enter><enter>" a kończącego się na "<enter><enter>Kamila." Tak też drugi raz dostałem kosza od tej samej laski przez telefon. I był 26 czerwca.

Następnego dnia spotkaliśmy się żeby pogadać, podsumować, wyjaśnić trochę rzeczy. Poszedłem zdenerwowany a wyszedłem wyluzowany, ona zresztą też, ustaliliśmy że i tak od miesięcy fajnie się dogadywaliśmy więc o ile tylko będzie to możliwe to jesteśmy przyjaciółmi. Przy okazji znowu usłyszałem, że jesteś super facetem (z którym było mi bardzo dobrze a w łóżku byłeś boski...) ale ja czuję że się w tobie nigdy nie zakocham. Przez 1,5 miesiąca miałem czas na zastanawianie się nad tym stwierdzeniem i już je trochę inaczej interpretuję. Mogę sobie wyobrazić milion powodów dla których może nie chcieć ze mną się wiązać, i wszystkie są dużo bardziej przyziemne niż "czuję, ze się w tobie nie zakocham", a to oznacza że wszystkie są lepsze i koniec końców nie można mieć do kogoś o to pretensji. Wolałbym usłyszeć na koniec coś bardziej konkretnego. Cóż, wiele jest poziomów szczerości.

W czwartek byłem wkurwiony i jak przyszła na ścianę ze swoim partnerem z kursu to mi nie pomogło. Znowu kilka dni chodziłem podkurwiony po czym tak śmiesznie przypadkiem wyszło, że w niedzielę trzydziestego pojechaliśmy w skały we dwoje i było zajebiście. Otwartość byłych kochanków daje pole do popisu w czasie rozmowy i to na serio jak i w żartach. Jednocześnie, bardzo łatwo jest mi świadomie przełączać się między pożądaniem jej a zupełną obojętnością na jej fizyczność. Wcześniej było tylko pożądanie, tu, teraz, zaraz ("w aucie, mnie, ehe").

Minęły dwa dni i umówiliśmy się na rekreację rowerowo-parkowo-basenową. Skończyło się rozklekotaną kolejką górską, pseudo-zorbingiem i pizzą w basenowej restauracji. Wtedy, w tej lekko oderwanej od rzeczywistości sytuacji, na pustym "dziobie" pizzerii z niemiłą obsługą, zauważyłem, że paradoksanie spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu. To było wczoraj. I lubię to, chociaż później znowu chodzę wkurwiony, nie wiedzieć czemu. Tak jak dziś przez pół dnia.

Wymyśliłem 3 sfery, zupełnie oddzielone od siebie, jak kule do zorbingu: seks, spotykanie się ze sobą i przyjaźń. Taki pomysł miałem. Ale one nie są aż tak oddzielone. Znamy się i przyjaźnimy od dawna, więc to normalne że lubię z nią rozmawiać, żartować, robić nowe rzeczy. Ale to też sprawiało, że chciałem z nią być, może nadal trochę sprawia. Z drugiej strony: seks też nie jest taki oddzielony od reszty. Nigdy nie przekonalibyśmy się jak zajebiście dopasowanymi kochankami jesteśmy, gdybyśmy nie zaczęli się spotykać, gdyby nie jedna randka, jeden kosz i jedno urażone ego.

Podsumowując: kurwa, ja pierdolę, ale ja przeżywam! ;D

Cóż, niewiele mi pozostało, teraz muszę ją tylko namówić na friends with benefits. ;)

Ciekaw jestem co sobie pomyślę jak to przeczytam w głębokiej przyszłości.

21:14, lenahtan
Link Dodaj komentarz »