podróże przez czas, przestrzeń i myślnię.
piątek, 27 lipca 2007

Brakuje mi organizacji, samoorganizacji. Notatki w komórce, tak to czasem działa. Rzecz w tym, że częściej tam coś zapisuję niż tam zaglądam, a powinno byc odwrotnie. Także nawet jako prymitywn TO DO list sie nie przyda. To samo z dyktafonem w telefonie. Dalej: pliki tekstowe na kompie. Tak, przydaja się do notowania i kopiowania pewnych informacji, ale to tylko w domu. I tak laptopa ze sobą teraz nigdzie nie noszę. Kalendarze książkowe się nie sprawdzają, za duże, nie chce mi się ich nosić. Małe notatniki: jw. Poza tym trzeba mieć długopis i zawsze pamiętać żeby ich gdzieś nie zostawić. Myślałem o kupnie palmtopa. Ale też bym się bał że go zgubię, a poza tym... litości, jak tam tekst wprowadzać? Jak mi się czasem smsa na 3 słowa nie chce pisać; a jak się bawiłem kolegi palmem to myślałem że sobie prędzej z nerwów tym rysikiem oczy wydłubię niż coś napiszę.

Więc moje wymagania można spisać w kilku punktach:

  • Zawsze przy mnie, jak telefon (który jest przy okazji radiem! kocham dodatkową funkcjonalność)
  • Notatnik - do robienia notek ogólnych, do przeglądania i z wyszukiwaniem pod słowach kluczowych, tagach
  • Narzędzie do list, z priorytetami
  • Kalendarz z alarmem!!
  • Fajnie by było, gdyby dało się wprowadzać tekst głosem.

Odpowiedź Zwykłego Człowieka:

Smartphone. Blueberry. Albo jakaś kosmiczna Nokia.

Moja odpowiedź:

Wszczepka domózgowa.

Rodem z cyberpunku, komputer nakorowy, ingerujący w bodźce zmysłowe, wspomagający pamięć, podnoszący życie o jeden poziom wyżej.

Sen, z którym pewnie umrę, bo na jawie go chyba nie zobaczę, nie za mojego życia :(

Ale przecież już pojawiają się pierwsze nieśmiałe (albo i nawet całkiem śmiałe) próby ingerencji w układ nerwowy, jakies drobne interfejsy - pomoc dla ludzi z protezami kończyn, chipy podskórne, implanty w oku. To już wszystko jest możliwe. A czy ja chcę wiele więcej? Niewiele więcej. Tylko troszkę.

Szuka ktoś ochotników do tajemniczych eksperymentów na ludziach?

środa, 25 lipca 2007
  1. Wyjątkowo ABC w środę. A myslałem, że zacznę taki mały cykl wieczorno-wtorkowy. No ale z vaginą się spotkałem dziś, a nie we wtorek, jak poprzednio i poprzednio-poprzednio. A vagina dobrze, dziękuję, zdrowa.

  2. Staczam się, zak zwykle, w bieganiu. Drugi dzień się obijam. Cały ja. Może jutro sie ruszę. Tracę motywację, siłę; ale to chyba dlatego, że...

  3. że gdzieś zginęła cała agresja, w ogóle emocje. W tle w kółko leci pedalski wokal Stevena Wilsonam i jego Blackfield, zaskakująco mały i prosty projekt muzyczny, w porównaniu do monumentu jakim jest Porcupine Tree, a jednocześnie taki genialny... W prostocie i ciszy piękno.

sobota, 21 lipca 2007

Instrukcja obsługi:

  1. Wyłącz wszelką muzykę, jeśli jakaś aktualnie gra w twoim otoczeniu. Słuchawki też, bez oszukiwania!

  2. Teraz jest fork. Jeśli używasz FireFoxa, idź w cholerę, zamknij ten blog i nie wracaj tu. I tak już się nie nawrócisz bo jesteś skażony owczym pędem. Jeśli natomiast używasz IE, zainstaluj Operę i zacznij z niej korzystać.

  3. Przejdź na stronę www.pustki.pl. Omiń splash screen.

  4. Słuchaj pierwszego utworu który się załaduje.

PS. Oczywiście w innych przeglądarkach też zadziała, punkt drugi ma dodać dramatyzmu.

piątek, 20 lipca 2007

Krwawiący anioł
z wyrwanymi skrzydłami
zasłonił słońce,

zasłonił słońce.

Na horyzoncie
jego szkieletu cienia
nie widać końca,

nie widać końca.

środa, 18 lipca 2007

No i zjebałem, naturalnie. Po jakże potwornie długiej i niesamowitej rekordy-bijącej serii 4 dni wieczornego małego biegania, dzis zjebałem i nie poszedłem. Oczywiście nie tylko dlatego że mi się nie chciało, bo z tym bym sobie poradził. Rzecz w tym, że właśnie mi się ZACHCIAŁO, zrobic sobie na wieczór wielkie... Danie... Tuńczyk z Różnymi Rzeczami Wokół próbujący sam wyjść z patelni (a później z mojego żołądka). Gdybym po zjedzeniu tego przebiegł n metrów to bym rzygał na 2n metrów. Także nici z tego planu. Ale jutro chyba wyjdę znowu. A jak nie to oficjalnie jestem ciotą.

wtorek, 17 lipca 2007
  1. Lol. Faza Druga. Przygotowany na długi i ciężki bój. Wchodzę, chcę zacząć operację na otwartym sercu (na szczęście nie moim), otwieram klatkę piersiową, a tam nie ma serca tylko wielka vagina. Too easy!

    No i koniec Fazy Drugiej.

    Niestety, w powyższej materii konkretów nie ma. Nie umiem tego opisac inaczej niż przez wielopoziomowe metafory. Jednak jakby nie patrzeć, temat się wyczerpał. Sprawa zamknięta na blogu, w życiu natomiast nareszcie szeroko otwarta.

  2. Poza tym, pracuję praktykuję. Spóźniam się od 15 do 30 minut. Codziennie. Inna sprawa, że jak się za mało spóźnię, to czasem jestem pierwszy i wtedy wejść nie mogę, bo pokój zamknięty [...] No, ale nie jutro. Dziś wyszedłem ostatni i sam zamykałem firmę. Wow! Dali mi klucz od połowy swojego interesu. To jakbym komuś po 2 tygodniach znajomości pożyczył jądro. Takich rzeczy sie nie robi, ale oni widocznie tego nie wiedzą. W każdym razie, mam dosyć żelazną i wyjątkowo niezbijalną motywację, żeby się w końcu nie spóźnić. Kiepsko by było, jakbym przyszedł, a tam połowa kolegów panów szanownych inżynierów ziomów pracowników stoi pod drzwiami. No nic, ZOBACZYMY.

  3. Wstecznistwo sie uskutecznia, samo jakoś tak? Słucham NIN. Nine Inch Nails. I to niekoniecznie ostatniej, buntowniczo-anarchistycznej, ale jednak dojrzałej i niby-upolitycznionej płyty. Nie moge się oderwać od starych kawałków, o motywach typu "ból istnienia", "hej Boże, okłamałeś mnie", "jest chujowo, przeleć mnie, to zbliżymy się do boskości" i tym podobna radosna twórczość człowieka po heroinie. (Niechcący użyłem ironii, "radosna".) Nigdy nie powiem, że to jest zła muzyka. Tylko myslałem... że jakoś z tego... wyrosłem? Come on, kiedy wydawali te płyty to na koncercie przy piątej piosence na 10 już mieli 2/3 instrumentów rozwalone; i ja z tego nie wyrosłem? Może potrzebuję pomocy? Kto ze mną pójdzie na jakiś koncert pop-punk-rockowo-elektro-emo-gay-mainstreamo-popowy? Nie widzę alternatyw. Zresztą, i tak nikt nic nie gra w wakacje.

poniedziałek, 16 lipca 2007

shame on us
doomed from the start
may god have mercy
on our dirty little hearts
shame on us
for all we have done
and all we ever were
just zeros and ones

nin - zero sum

niedziela, 15 lipca 2007

Wyszedłem pobiegać. W końcu! Od zawsze chciałem biegać, od 2 lat czasem to robię, od paru miesięcy tego NIE robiłem, od paru dni się przymierzałem, żeby znowu zacząć. No i dziś to zrobiłem, po zajebiście długiej przerwie (w Danii raz byłem pobiegać, umarłem wtedy). Ok, słaby jestem, ale nie myslałem, że aż tak. Po 2km musiałem odpocząć, uspokoić oddech, 0.5km spacer. No i stwierdziłem że teraz te 0.5km z powrotem do domu przebiegnę jeszcze... Prawie sie przewróciłem. Jakbym paraliżu w łydkach dostał. I tak było zaraz po, teraz jest jeszcze śmieszniej, jutro pewnie nie wstanę z łóżka.

Ale warto było, przynajmniej teraz widzę, że nie całe to drzewiejsze bieganie poszło w las. Może nogi tego nie pamiętają, ale umysł chyba tak. Po 1.5km zacząłem wypluwać płuca - kiedyś bym stwierdził "pierdolę, wystarczy"; dziś umiałem się zmusić żeby dotrzeć do końca trasy. Bo to nie ćwiczenie wytrzymałości jest, tylko charakteru.

Od biegania zaczął się rok temu mój poprzedni, pierwszy blog. Jednak tak naprawdę w pierwszym wpisie nie chodziło o bieganie, chodziło o coś zupełnie innego. Dziś nie jest o wiele inaczej, zatoczyłem pełne koło. Albo raczej spiralę, bo po obrocie o 360 stopni nie znajduję się w tym samym miejscu co wtedy... Jestem blisko tego punktu, ale na tyle daleko, że obserwuję go tylko z dystansu. A przynajmniej taką mam nadzieję...

środa, 11 lipca 2007
  1. Dryfuję na szczycie fali, bynajmniej nie ku abstrakcji. A tą falą jest Forma, dosłownie ta Forma, o której teraz znowu czytam u Dukaja. I chyba nawet nieźle mi to idzie, kształtuję sam siebie, teraz widzę co to znaczy. Nie: "wmów sobie, że coś jest tak a nie inaczej", bo to gówno znaczy, ale: "zaplanuj sobie wszystko z góry tak, że w odpowiedniej sytuacji nie będziesz miał wyjścia, będziesz musiał UWIERZYĆ, że jest tak a nie inaczej". I wtedy ta Forma spływa na innych. I wraca do mnie. I sprzeżenie zwrotne. Perpetuum Mobile pewności siebie.

  2. Faza Druga. Żeby tylko nie spierdolić. To może być trudniejsze, to jak operacja na otwartym sercu, nie można zaczekać, jeden zły ruch i wszystko się posypie. No nic, ZOBACZYMY. Taak, to całkiem niezłe słowo.

  3. Koniec pierdolenia. W najbliższym czasie konkrety.

wtorek, 10 lipca 2007

I kurwa umrę 5 razy, skręcę się, ledwo wytrzymam i przenicuje się na drugą stronę, ale przeczekam. Tak działam, tak czasem wygrywam. Dziś wygrałem Grę. Narkotyczne upojenie.

A teraz, Faza Druga.

 
1 , 2