podróże przez czas, przestrzeń i myślnię.
poniedziałek, 30 maja 2011

Dwie rozety ananasa ukorzenione, z czego jedna już siedzi w ziemi a druga niestety gnije. Trzecia się właśnie ukorzenia w wodzie. Czosnek nie kiełkuje, nie wiem co zrobiłem źle.

Downy przejechały wczoraj rowerami 77km. Ja dziś miałem momentami problem z nadążeniem za ich tempem na odcinku 23km. W przyszłą niedzielę coś koło 90km. Będzie srogo. O ile rower pozwoli.

Jutro w pracy jakaś chujowa wizytacja. I'm kinda sick of this job now, chociaż mam tyle planów na wakacje że i tak chyba nie chcę na razie zmieniać (brak urlopu)... głupi powód może. Nieważne, w końcu będzie dobrze.

Katuję wszystkich wokół Opowieściami z Oceanów Topograficznych. Z jednej strony świetna muzyka tła, której się nie zauważa, a z drugiej strony cała masa wybitnych momentów doskonałej kompozycji i wirtuozerii instrumentów. Oczywiście, według mnie. Tradycyjnie nikomu z moich znajomych się to nie podoba.

Na horyzoncie Łódź, podobno. "Would you in Łódź?" Na horyzoncie także powinien być piracki statek, ale wszystkie kina najwyraźniej grają Johnnego Deppa i Penelope Cruz w 3D, które mi nie odpowiada, mówiąc delikatnie.

W weekend byłem z rodzicami na wycieczce w Arkadii i Nieborowie. Ogrody książęce, jeden w stylu angielskim, drugi w stylu francuskim, o ile się nie mylę. Jak im chłopy pańszczyźniane czy inne proste ludzie zapieprzali od rana do nocy, to wielcy panowie na włościach mieli czas na fantazje. Stylizacja na gotyckie oraz antyczne ruiny. Niesamowite miejsca. Warto zobaczyć.

Brakuje mi czasu.

23:50, lenahtan
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 maja 2011

Szukam przepisów z ananasami. Prostych, bo nie umiem gotować. Surowe ananasy jakoś już mi się przejadły, po bodajże 3 sztukach.

Kolega lenahtan zdał prawo jazdy. Z czego się niesamowicie cieszy i w co trochę nadal nie wierzy. Nie wiem co dalej z tym robić.

Kuweta nieogarnięta pozostaje i prawdopodobnie pozostanie tak w stanie permanentnym. No cóż, wszyscy jesteśmy w taki czy inny sposób zagubieni, a ja nie muszę tego rozumieć.

Próbuję zrobić backup wiadomości w telefonie i od 1,5h mam z tym problem. W ogóle sam fakt że chcę zrobić taki backup jest wkurzający - muszę, bo skrzynka odbiorcza zapycha mi pamięc telefonu. A nie chcę nic usuwać, więc wolę porobić backupy, eksporty i co tam jeszcze się da. A tu software-owe kłody pod nogi.

Byłem Nokia/Symbian fanboy przez jakiś czas, ale następny telefon będzie chyba z droidem.

A teraz to chyba ja zaniedbuję swoją jedyną prawdziwą przyjaciółkę. Ciekawe czy kiedyś się wkurzy o smsy o 22.

O, i rowerami z downami przejechaliśmy dziś 46km ze średnią ponad 21kmph, manewrując przy tym pomiędzy 3 burzami. I prawie nie zmokliśmy. Sukces.

Miałem w liceum w klasie laskę o ksywie Ananas. Jest ostatnią osobą o której pomyślałbym jedząc ananasa.

01:02, lenahtan
Link Komentarze (3) »
wtorek, 17 maja 2011

Na ścianie byłem. Telefon w szafce był. Wiadomości nie słyszałem. Jasne, chciałbym pogadać, a ty? Rzadko to proponujesz. In need?

Noc muzeów spędziłem w ciekawym towarzystwie. Jedna Ania była trochę nadąsana, ale później jej przeszło, niemniej jednak jest to chyba immanentna cecha jej charakteru, co utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze się między nami potoczyło. Druga Ania odłączyła się od nas i wybrała się na żydowską wycieczkę przez najciemniejsze części miasta w środku nocy, miała serce w przełyku lecz nic jej się nie stało. Trzecia Ania była słodka jak zwykle, a nawet chyba jeszcze słodsza, co prowokuje moje wewnętrzne pytanie: jak ona może być taką doskonałą osobą? Jeszcze był plan dołączenia do czwartej Ani, ale na szczęście nie wypalił. A to wszystko spinała swoją osobą Beata, która później wprosiła się do świętego miejsca zwanego ławeczką, ale obyło się bez desakracji. Z Beatą wiążą się dwa fenomeny. Pierwszym z nich jest ona sama, osoba, której nie umiałbym nie lubić, chociaż teraz już wiem że trzeba na nią bardzo uważać. Drugim z fenomenów jest to, że zaskakująco spore grono ludzi jej nie lubi, a ja nie wiem dlaczego. Może to się wiąże z tym, że oboje ogólnie nie lubimy ludzi jako ogółu?

Ta, byłem na nocy muzeów z 4 laskami. Było awkward, ale ogólnie wyszło spoko. Jak na noc muzeów, było mocno niemuzealnie, za to pokazy: kendo, fajerwerków i tańca z ogniem były super. No i słowo-klucz *śledź*. Śledź nie zawodzi. Nigdy.

Na fali zmieniania taryfy telefonu stacjonarnego, ja jakoś przy okazji zmieniłem dostawcę internetu. Po czym zacząłem się zastanawiać: PO CO? Fakt, 4 razy szybciej za tę samą cenę, a nawet przez rok za darmo, ale przecież i tak nie potrzebuję prędkości. Poprzedni lokalny ISP po prostu działał przez 10 lat i nie miałem na co narzekać, a teraz idę w szpony wielkiej agresywnej firmy. Mam nadzieję, że żałował będę nie

Aha, i z okazji tej zmiany ISP kupiłem sobie 3 tshirty w lumpeksie i ksiązkę w antykwariacie. I też nie wiem w sumie po co.

A dziś po ścianie smarowaliśmy gofery dżemorem.

Nie ogarniam kuwety, w której najpierw są akcje pt. "jak mnie zostawisz to sobie zrobię krzywdę", a 2 dni później jest akcja wspólnego oglądania mieszkań do wspólnego wynajęcia. I really hope you know what you're doing.

Aha, i w prawej brwi wyrósł mi jeden włos 3 razy dłuższy niż reszta włosków tam. Wicked.

piątek, 06 maja 2011

Czuję się kiepsko bo tęsknię za czymś czego już dawno nie miałem. Czuję się fizycznie samotny. Brakuje mi kogoś do przytulenia, do pocałowania. Mam ochotę pomiziać po pupie, poleżeć razem nago. Nie mam ochoty na seks (co to jest seks? nie pamiętam), chociaż pewnie taka ochota by się pojawiła, instynkty, fizjologia. Ale nie mam ochoty, chcę tylko trochę bezinteresownego ciepła, bez zobowiązań. Jakie to niemęskie.

I przypomniała mi się jedna z niewielu sytuacji która zbliżyła się do tego ideału, kiedy to przeżyliśmy z Ż krótkie ale chyba upojne chwile w zimnym domku letniskowym. Chociaż byliśmy nawaleni jak szpadle, chociaż po fakcie czułem się jak palant, Ż chyba jak szmata i ogólnie mieliśmy kaca moralnego. Mimo to wszystko, z perspektywy czasu, to było zajebiste! Bez żadnych obciążeń przeszłości, bez żadnej zależności, nieskrępowana bliskość, otwartość. Tak to pamiętam, choć pamiętam mało, może zresztą pamięć mi to koloryzuje. Ale wspomnienie jest ogólnie bardzo miłe. Ciekaw jestem co o tym myśli dziś Ż. :)

22:13, lenahtan
Link Komentarze (2) »
środa, 04 maja 2011

Tak z innej beczki... (wzięło mnie na pisanie trochę, wczoraj nie mogłem zasnąć bo mi się w głowie przesuwały młynki modlitewne martwienia się o różne rzeczy i osoby, więc żeby odwrócić swoją uwagę zacząłem myśleć, trochę bolało, ale mniej niż te młynki we łbie)

Skończyłem czytać Imperium Kapuścińskiego, książka o ZSRR, chociaż, jak napisał w posłowiu jakiś koleś, to jest tez książka o całym naszym świecie. Generalnie nie miałem nigdy zbyt głębokiej wiedzy na temat Związku Radzieckiego, niemniej jednak nigdy nie darzyłem go sympatią. Brzmi banalnie, wiem. Jednak właśnie wszystko przestaje być banalne po wchłonięciu takiego zestawu informacji i doznań, jakie serwuje Kapuściński w swoim reportażu, głównie z podróży po Imperium na początku lat 90, kiedy Imperium akurat Upadało. Banały znikają, bo teraz z jednej strony jeszcze większym obrzydzeniem napawa mnie istota tego państwa, jego dzieje i to co zrobiło samo sobie (tzn. swoim obywatelom), a z drugiej strony pojawiła mi się w głowie iskierka zrozumienia i współczucia dla Rosjan. Rosjan, których nigdy nie lubiłem, i chyba nadal nie lubię (chociaż to takie niepopularne ostatnimi czasy, nie lubić jakiejś nacji mimo że nie zna się prawie żadnych jej przedstawicieli, ani ci oni nic złego nie zrobili nigdy). No bo przecież coś po prostu MUSI być nie tak z ludźmi, którzy przez stulecia godzą się na tak złe traktowanie. Którzy w dodatku rozszerzają swoją nędzę na okoliczne narody. Którzy w dodatku nadal potrafią być partiotami, tylko że w jakimś dziwny, wykręcony sposób. A jednak, nie da się im nie współczuć. A jednocześnie mam wrażenie, że takie współczucie zostałoby odebrane jako obraza. I przy tym wszystkim nie umiem nie czuć trochę pogardy dla tego narodu, za to jak nisko upadł na własne życzenie. Cóż za bełkot! Ale właśnie o to chodzi - jakby na nich nie spojrzeć, zawsze wywołują mocne odczucia, zwykle sprzeczne. Rosja to nie kraj, to stan umysłu - taki jest mniej więcej jeden z głównych wniosków, które nasuwają się po przeczytaniu Imperium Kapuścińskiego. Nie można Rosji postrzegać jako absolutnego wroga o arcyzłych zamiarach, tak jak widzi to cała rzesza Polaków. Czy wirus ma chęć zniszczenia nosiciela? Czy komórki rakowe planują jakby tu najbardziej zaszkodzić swojemu organizmowi? To taki bardziej odległy wniosek z rozmyślań nad tą książką, który może nawet nie spodobałby się Kapuścińskiemu, ale takie właśnie uderzyło mnie skojarzenie: Rosja to nowotwór na ciele planety, wielki, momentami bardzo silny, ale nawet kiedy słaby - niebezpieczny, mogący dawać przerzuty. Nieuleczalny - no bo jak tu usunąć takie państwo, a przede wszystkim: taki naród? Z takimi wspaniałymi osiągnięciami, z takim dziedzictwem. Nie wypada w ogóle rozważać czegoś takiego przez wzgląd na historię, naukę i kulturę, nie wolno o tym myśleć takimi kategoriami. A nawet jeśli - to jest fizycznie niemożliwe, przecież za takiego Stalina duża część narodu ciężko pracowała nad zniszczeniem samego siebie, systematyczna autodestrukcja, a nawet im samym się to nie udało, hehe. Fascynujący nowotwór, który Kapuściński ogląda w swoim reportażu przez mikroskop, malutkie fragmenty tkanki, pojedyncze osoby i zdarzenia. Chyba po prostu nie da się go ani zniszczyć, ani się z nim dogadać, trzeba nauczyć się żyć obok tego fenomenu.

Takie tam, luźne przemyślenia ignoranta.

Największą siłę wspomnień niosą zapachy.

Zapomniałem temat swojej pracy dyplomowej, więc wyjąłem swój egzemplarz tejże i otworzyłem. Egzemplarz naturalnie nieśmigany, bo po co mi czytać własną pracę? A w dodatku niespodziewanie świeży, bo zrobiłem go sobie dłuuugo po obronie. Otworzyłem i poczułem klej.

W jednym momencie przypomniałem sobie wszystkie pachnące nowością zeszyty ze szkoły podstawowej, a przede wszystkim podręczniki... co prawda tam jeszcze była bardzo ważna nuta zapachowa farb drukarskich, ale sam klej też był wystarczająco silnym bodźcem. Uwielbiałem nowe książki na początku roku szkolnego. A nawet jeszcze wcześniej. Bo kiedy zaczęła się praca z nimi, kiedy trzeba było je czytać, rozumieć i czasem zapamiętać, to już było beznadziejne. Ale przeglądanie świeżych książek przed rozpoczęciem nauki to było przeżycie niemal mistyczne... cała ta wiedza w nich uwięziona, o której nie miałem jeszcze pojęcia, która dlatego wydawała się ciekawa, która zmuszała do ciągłego przeglądania i wertowania stron, ale koniecznie bez zagłębiania się w szczegóły, żeby przypadkiem się nie znudzić! A to wszystko pośród zapachu kleju introligatorskiego, pośród zapachu farb drukarskich, pośród zapachu nowych książek.

Największą siłę wspomnień niosą zapachy.