podróże przez czas, przestrzeń i myślnię.
środa, 28 marca 2007

Pewne myśli mi jeszcze zalegają w głowie, miałem wrażenie, że już ich tam nie ma, ale jednak są. Potrzebna chyba jest konfrontacja. To zabawne, kiedyś uciekałem od myśli o konfrontacji, a teraz chcę konfrontacji z myślami.

Jutro lecę do Polski. O ile mnie wcześniej nikt nie ukamienuje (a jutro rano muszę spotkać parę osób, które mogą mieć ku temu powody). Hough.

Wpis za dzien 25.03.2007
Piszę to teraz, choć wiem, że opublikuję później. Jestem w hotelu gdzie nie ma internetu. W ogole jestem daleko od domu, od wszystkich swoich domów. Po prawie tygodniu chorowania, leżenia w łóżku, zawalania terminów i ogólnej porażki i stagnacji, w jeden dzień zdążyłem wyzdrowieć, spakować się w 5 minut na 3 dni study tour, przejechać zajebisty i przeogromny most (Storebælt, Most przez Wielki Bełt, ok. 13km długości), wyladować w Sønderborg przy granicy z Niemcami, wypić kawę która mi autentycznie smakowała (i zapłacić za nią 3 razy tyle ile bym był gotowy zapłacić w Polsce), zgubić się w nocy w pustym i obcym mieście, zmarznąć, i prawdopodobnie zachorować od nowa. Jutro zwiedzam jakąś fabrykę. O ilę wstanę z łóżka. O 6 rano.

Wpis za dzień następny tj. 26.03.2007
Wstałem. Dzień-killer, 4 wykłady, przy czym ostatni potwornie długi (1,5h - co to aż tak dużo? okazuje się, że w pewnych okolicznościach tak). Na wszystkich zamykały mi sie oczy, nie pamiętałem żebym zasypiał na ostatnim, ale pamiętam że się na nim obudziłem. :) Więc chyba kimnąłem. Wykłady przeplatane zwiedzaniem fabryki Sauer-Danfoss. Duża, nieźle zorganizowana, w całkiem sporym stopniu zautomatyzowana. Ale, praktycznie przy każdym stanowisku potrzebny był człowiek. I co? przy całej tej zajebistej organizacji wielkiej fabryki, przy 1/3 miejsc nikogo nie było albo coś nie działało. :] I nasz guide (pracownik tychże zakładów i to w miarę wysoki stołkiem) nawet nie umiał powiedziec czemu. :P Powrót do hotelu na 10 minut, naprawdę szybka drzemka w moim wykonaniu z tułowiem na łóżku i nogami na podłodze, po czym wyjście do miasta na kolację. Fundowaną, jak prawie wszystko, a jakże, przez firmę. Mongolska restauracja (?) z kucharzem murzynem (!?), pierwszy raz w życiu jadłem mięso kraba. Miekkie, na pewno bardzo zdrowe (czyste białko), ale bez smaku. Przed kolacją facet który był naszym drugim guidem i był jeszcze wyższy stołkiem powiedział konspiracyjnym tonem że taaa kolacja to jest fundowana przez firmę, ale wiecie... (i w tym momencie wszyscy myślą "no ta, mamy sie trochę ograniczyć w rachunku, żeby za dużo nie zeżreć") ale wiecie, po kolacji jak się najecie to tak ze 3-4 piwa na głowę, nie więcej... Mmmmhmmmm. Fajnie. Szkoda tylko, że od tygodnia nie mam ochoty na piwo. Przynajmniej dobre lody zjadłem, podobno lody są dobre na chore gardło. Podobno. Podobno jutro znowu mam wstać o 6.

PS. Co to za feler w mózgach mają duńscy budowlańcy, że nie mogą zrozumieć wysoce skomplikowanej ideii kabiny prysznicowej? Albo o progu zapomną i cała woda się spod zasłonki wylewa na łazienkę, albo pochylenie podłogi zrobią nie w tę stronę co trzeba i woda nigdy nie spłynie do końca, albo w ogóle się nie przejmując jebną zamontowany na stałe w ścianie wylot prysznica bez żadnej namiastki kabiny (skutek: woda na drzwiach, szybie, umywalce, ścianach). No geniusze po prostu... ;]

03:02, lenahtan , DK
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 marca 2007

No i znowu przyszedł czas potwornej blazy. Autodestrukcja rozciągnięta w czasie. CZASIE. Czas jest wszystkim i niczym, a ja jestem z niego wyjęty.

A ja tylko przyglądam się
zaczyna się i kończy dzień
A ja tylko przyglądam się
przyglądam sięęęęęęęęęęęęęę

Życie przecieka mi między palcami

wtorek, 13 marca 2007

Jak wchodzę na onet to mi się rzygać chce. Dosłownie. A z drugiej strony głupio tak nie wchodzić i nie wiedzieć co się w kraju dzieje... Ale czy na pewno? Tam są 3 główne kanały informacyjne: wiadomości (tak naprawdę miks polityczno-kryminalny, gdzie ryje panów osłów i jaśnie nam panujących ministrów płynnie przeplatają się z ryjami przestępców), sport (można umrzeć z nudów) i dział kulturalno-rozrywkowy, gdzie są newsy o popowych gwiazdkach i zestawieniu najlepszych/najgorszych dinozaurów muzyki/kina/czegośtam w historii. Jaką mi to daję wiedzę o tym co się dzieje w kraju? No niby całkiem sporą, ale co mnie to wszystko obchodzi? Zero związku z moją osobą. I wcale nie chodzi o to, że jestem w Danii. Zresztą, o zamieszkach w Kopenhadze (500 aresztowanych w 3 dni) też dowiedziałem się już grubo po fakcie, więc tutaj też mam chyba jakąś mentalną blokadę informacyjną. Co nie zmniejsza mojego rozgoryczenia onetem. Który kiedyś był chyba inny... albo tamten kraj był inny. Ah, no tak, przecież zmieniła się cyferka. Ja tam w maju wracam do swojej normalnej trzeciej RP i mam nadal wszystko w dupie.

(to chyba nie o rozgoreczenie onetem chodzi, tylko czymś innym :S)

piątek, 09 marca 2007

Uuuuuaaaa. Tzw. "gruba impreza" miała miejsce. W miejscu zwanym Kampsax, które to miejscem jest generalnie zespołem akademików dla duńskich studentów, ale jest tam taki nieduży klub, gdzie co czwartek jest international party. Nooooooooo iiiii... jest zajebiste. Chciałbym, żeby w Łodzi było choć jedno miejsce, gdzie puszczają taką dobrą muzykę. No, dobrą, bo trafia w moje gusta. A jednocześnie jest dobra do tańczenia. Ja sam tego nie potrafię. :D

PS. Rozmowa z trzeźwym jak... nie wiem co Niemcem kiedy samemu jest się w stanie upojenia to zły pomysł. :P

PS2. Potrzebuję Lao Che. Bardzo. Że też nie wziąłem ze sobą płyt.

11:40, lenahtan , DK
Link Komentarze (5) »
czwartek, 08 marca 2007
wtorek, 06 marca 2007

Nauczyliśmy z Kamilem Chińczyka bluźnić po polsku.

Nie wiem jak to się dzieje, że w 9 przypadkach na 10, pierwsze słowa jakie poznaje się w jakimś obcym języku to właśnie ZŁE słowa, bluzgi, wulgaryzmy i ogólnie mowa piękna codzienna. Mimo najszczerszych chęci, nie byliśmy w stanie nauczyć Shu Winga zwanego Waynem wymawiać jednego jedynego polskiego słowa jakie mu najpierw przedstawiliśmy, "ziom". Przez dwa tygodnie przeszedł całkiem niezła drogę od "dzomg!" przez "dzom!" aż wreszcie po "dzjom!", ale to jeszcze nie to. A dziś co? Kurwy i chuje latały po kuchni aż miło. (czy aby na pewno miło?) I on wszystko, ale to WSZYSTKO od razu zapamiętywał i co ciekawe IDEALNIE wymawiał. Jakby mu się jakaś blokada wyłączyła.

Interlingua, kurwa. :)

05:00, lenahtan , DK
Link Komentarze (3) »
piątek, 02 marca 2007

Najpierw była głupota, pusta głupota.

Po głupocie przyszedł czas zaciekawienia, pojawiały się nowe możliwości, ekscytujące miliardy możliwości. Entropia rosła. I każdy delikatny ruch powodował ucięcie połowy gałęzi drzewa przyczynowo-skutkowego, ale jak to bywa u roślin, przycinanie stymulowało wzrost. Burza możliwości, z gęsto rozgałęziającymi się błyskawicami różnych wariantów czasu. Aż w końcu kolaps nastąpił, chociaż niezbyt gwałtownie, to jednak, krzywa Gaussa topniała do zera, pozostawiając tylko jedną nieciągłość, jeden punkt bijący w górę, prawdopodobieństwo równe jeden, zawężając historię niczym lejek. I wtedy, po zaciekawieniu, przyszła miłość.

Po miłości przyszła nienawiść.

Nienawiść wypaliła się jeszcze szybciej niż miłość, pozostawiając po sobie bogactwo chorych uczuć, takich jak nadzieja i satysfakcja. Nadzieja, że ktoś będzie cierpieć, satysfakcja, że ta nadzieja się spełni. Zemsta, ale nie moja i nie przez gniew, tylko zemsta czasu, przez naturalną kolej rzeczy. Spokojne oczekiwanie.

I chyba teraz nadzieja się spełnia. To już fakt. Ale czy nie o to chodzi by króliczka gonić? Gdzie całe to zadowolenie wyparowało, w momencie kiedy zobaczyłem i poczułem, że to ja miałem rację? Już nie mam na co czekać?

I pierwszy raz od dawna, nastała pustka. Jak jakaś pieprzona nirwana, której nie chcę. Bo z pustki może narodzić się głupota, a nie chcę drugi raz biegać po lesie własnych możliwych przyszłości z maczetą, wycinając różne części na oślep, rozsiewając jednocześnie entropię jak nasiona kolejnych pomyłek.