podróże przez czas, przestrzeń i myślnię.
wtorek, 30 grudnia 2008
sobota, 27 grudnia 2008

Nie jestem antysemitą.

To jest bardzo proste. 

Nie jestem antysemitą, ja po prostu nienawidzę Żydów w Izraelu.

Musi być powiedziane, że bardzo tęsknie za Żydami w moim mieście -  w Łodzi. Im dłużej żyję w Polsce, w której Polacy sami siebie nawzajem mieszają z kaką, tym bardziej tęsknie za wielokulturowością i kosmopolityzmem, które kiedyś panowały na tych ziemiach. Zabory, Rosjanie, Niemcy, Żydzi, w chuj Żydów, Polacy. Może nie układało się zawsze dobrze, ale różnorodność jest lepsza od takiego serka homogenizowanego, który nas teraz otacza. A więc tęsknie za tym, czego w życiu nie widziałem i czego już nigdy nie zobaczę, czyli za rynkiem, na którym Żydzi sprzedawali śledzie (a teraz jest tam Park Śledzia, gdzie pija się wódkę), tęsknie za wspaniałą synagogą na rogu Kościuszki i Zielonej (po której został tylko paskudny mural, chociaż może dzięki niemu ktoś o niej pamięta), tęsknie za muzyką żydowską (której w zasadzie nie znoszę, ale ktoś by ją pewnie lubił), tęsknie za kulturą, religią, językiem (który brzmi przecież tak zajebiście!).

(nie wiem czy tęsknię za legendarną żydowską lichwą, o której opowiadali mi dziadkowie, w zasadzie nie muszę za nią tęsknić - w końcu mało jest polskich banków w Polsce, większość to kapitały zachodnie, więc pewnie i częściowo żydowskie ;])

Powiedziane to. Czas na meritum. Nienawidzę Izraela, nienawidzę jego obywateli, nienawidzę państwowości Żydowskiej.

Pokojowa demonstracja Palestyńczyków, Izraelczyków i środowisk międzynarodowych:

 

 

Żołnierz na filmie mówi "w Libanie też giną obywatele Izraela". Serio?

Kumplowałem się kiedyś z Libańczykiem z obywatelstwem polskim. Strasznie fajny gość. Czasami na wakacje jedzie do domu, do Libanu, gdzie spędził połowę dzieciństwa. Zawsze ma takiego pecha, że akurat wtedy Izrael przeprowadza swoje "akcje" i "działania". Dwa i pół roku temu też. Dzień po tym jak przyjechał do domu, do rodziny - musiał spierdalać do Polski. No, nie musiał, nikt mu nie kazał, ale mógł. I bardzo się cieszył w sumie, że mógł - większość obywateli Libańskich nie miała takiej bezpiecznej opcji.

Później tego samego roku widziałem zdjęcia okaleczonych ciał. Te, które były dziećmi, nie dawały mi przez jakiś czas normalnie spać.

Nie, nie ma sensu odwoływać się do polityki. Nie ma sensu odwoływac się do historii ani zastanawiać się nad przyszłością. A w każdym razie ja nie jestem od tego. Ja tylko mówię co widzę i co myślę - i opisuję to. Tak, jak nazywa się ta kategoria wpisów tutaj. I próbuję cię - ciebie! zarazić tą nienawiścią do Izraela. Bo nie widze innej drogi. I to nie jest antysemityzm - bo ja naprawdę szanuję kulturę, historię, religię, całe to zajebiście wielkie i stare dziedzictwo - z mojej strony, to jest po prostu czysta nienawiść i złość na taką a nie inną sytuację.

Nie zgadzam się!

piątek, 26 grudnia 2008

 

O tym, czego nie można wypowiedzieć

 

Moim życiem rządzi zasada wstydu.

Poznaje się świat, poznaje języki opisu świata, ale nie poznaje się siebie. Większośc ludzi - prawie wszyscy, jak sądzę - do śmierci nie nauczy się języka, w którym mogliby siebie opisać.

Kiedy mówię o kimś, że jest tchórzem, to znaczy, że uważam, iż zachowuje się tchórzliwie - nie znaczy to nic więcej, ponieważ oczywiście nie zajrzę mu w głąb duszy i nie dowiem się, czy jest tchórzem. Tego języka nie mogę jednak użyć do opisu samego siebie: w zakresie mojego doświadczenia pozostaję jedyną osobą, dla której jej słowa, czyny, zaniechania stanowią zaledwie blade i w gruncie rzeczy przypadkowe odbicie tego, co się kryje pod nimi, co stanowi ich przyczynę i źródło. Istnienia owego źródła doświadczam bezpośrednio, podczas gdy części mych zachowań nie jestem w ogóle świadom, a wszystkie odbieram w sposób niepełny, skrzywiony. Sami zawsze ostatni się dowiadujemy, jakiego idjotę zrobiliśmy z siebie w towarzystwie. Lepiej znamy intencje naszych czynów niż owe czyny, Lepiej wiemy, co chcieliśmy powiedzieć, niż co naprawdę powiedzieliśmy. Wiemy, kim chcemy być - nie wiemy, kim jesteśmy.

Język do opisu naszych zachowań istnieje, ponieważ tej rzeczywistości doświadcza wielu ludzi i mogą między sobą omówić czyjąć ostentacyjną uprzejmość lub czyjeś faux pas. Język do opisu mnie samego nie istnieje, ponieważ tej rzeczywistości nie doświadcza nikt poza mną.

Byłby to język jednoosobowego użytku, język niewypowiadalny, niezapisywalny. Każdy musi go sam stworzyć. Większość ludzi - prawie wszyscy, jestem przekonany - do śmierci się na to nie zdobywa.Co najwyżej powtarzają w duchu cudze opisy własnej osoby, wyrażone w owym języku pochodnym - języku drugiego rodzaju - albo wyobrażają sobie, co by w nim o sobie powiedzieli, gdyby dane im było spojrzeć na się z zewnątrz.

Żeby cokolwiek o sobie rzec, muszą sami dla siebie uczynić się obcymi.

Moim życiem rządzi zasada wstydu. Nie mam lepszych słów, by opowiedzieć tę prawdę.

Żebrak wyciąg dłoń w błagalnym geście, mam pieniądze, mogę mu dać, choćby pięć, choćby dwie, choćby jedną kopiejkę, nikt inny nie patrzy, jesteśmy tylko my dwaj, ja i żebrak - nie daję mu nic, odwracam się i odchodzę szybko, chowając głowę w ramionach.

Kto rozbił słój z konfiturami? Matka podnosi głos. Kto rozbił? Nie ja, i nie mam pojęcia, czy winien jest Bolek, czy Emilka, ale matka pyta raz jeszcze, i jeszcze, i wtedy wskazuję zdecydowanie na Bolka. On.

Śmiech w towarzystwie, wyśmiewamy wszyscy wspólnego znajomego, którego teraz tu z nami oczywiście nie ma, jeden po drugim, przywołujemy wspomnienia jego kompromitacyj i słabości. Wstaję, nie śmieję się, zmarszczone brwi i zaciśnięte wargi, wstaję i - jak wam nie wstyd!

Krasawica klei się do mnie, przelewa przez ramiona, osuwa mi się na pierś, na podołek, gry dorożka zwalnia i staje przed bramą kamienicy, gdzie wynajmuję pokój z Kiwajsem, Kiwajs jest u dalekiej rodziny na prowincji, pokój wolny, pijane dziewczę chichocze, gryząc mi guzik surduta - dorożkarz obraca się, puszcza do mnie oko, pomóc jaśnie panu? Spoglądam przerażony. Wciskam mu w garść rubel zmięty. Odwieź bladź, dokąd chce! Zrzucam z siebie diewuszkę, wyskakuję z dorożki i uciekam w głąb ciemnej bramy.

W lesie, za wsią dziadka, w wykrocie nad strumieniemleży truchło sarny. Nadjedzone przez drapieżniki i padlinożerców, pod czarnym baldachimem much. Nikomu nie mówię, przychodze co rano i co wieczór, dźgam kijem, przewracam, przyglądam się, jak od nowa obłążą je owady, jak mięso zmienia kolor, a z ciała wypływają ciemne ciecze, wsiąkając powoli w ziemię. Gdzie spędzam tyle czasu, pyta dziadek. Kłamię. Widzi, że kłamię. Dokąd chodzę, pyta. Milczę. Łoi mnie pasem. Płaczę. Nie mówię prawdy, nie mówię nic. Przez całe lato chodzę po lesie, szukając martwych zwierząt. Noszę ze sobą gruby kij, jak maczugę. Biję padlinę tym kijem w tępym zapamiętaniu, aż zgnilizna odchodzi od kości. A masz! a masz! a masz!

Osiemnaście i siedemdziesiąt cztery! Osiemnaście i siedemdziesiąt cztery! Krzykacz jarmarczny zdziera gardło, ogłaszając zwycięskie numery. Wszyscy kupiliśmy losy, wchodząc na jarmark. Roześmiani, czerwoni od mrozu i śliwowicy, szukamy teraz kartoników po kieszeniach. Znajduję, wyjmuję. Osiemnaście i siedemdziesiąt cztery. Odgrywając wielki zawód i wściekłość, ciskają losy w błoto, przeklinają pecha i nabijają się z głupca, który nie przychodzi po wygraną. Dre zwycięski los i robię to samo, co oni.

Nocą, gdy nikt nie widzi, ćwiczę straszne miny, wytrzeszcz oczu i szczerz zębów, nazbyt dzikie, by znaczyły wokolwiek w mowie czlowieczej fizjognomji; straszne miny, a także absolutna martwotę oblicza, bezruch najdrobniejszych mięśni czaszki, którego w świetle dnia i między ludźmi nigdy nie potrafię osiągnąć, nie mam wówczas władzy nad grymasami twarzy. Nocą, gdy śpię, widzę pod powiekami schamat, jak z pożółkłych rycin Zygi, anatomiczny schemat owej zdrady: dziesiątki twardych szpagatowych nici przewleczonych pod skórą policzków, brwi, podbródka, warg; a drugie końce tych nici trzymają otaczający mnie ludzie, w dłoniach, między zębami, zawiązane wokół dewizek zegarków i mankietowych spinek, na obrączkach, na główkach lasek i cybuchach fajek, niektórzy sami mają je wszyte w mięśnie mimiczne, albo i w serca, wprost przez pierś i kość mostka. Potem rycina ożywa - jest dzień - jest ruch - ludzie - ja -

Uśmiecham się - uśmiecham się - uśmiecham się.

...

Wspominam zachowania, posługuję się drugim językiem...

Muszę sam dla siebie stać się obcym.

Dukaj, Lód 

czwartek, 25 grudnia 2008
  1. Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo.
  2. Ono było na początku u Boga.
  3. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało.
  4. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi,
  5. a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.

To dosyć ironiczne, że przyszedł Król Żydowski, a Żydzi go nie chcieli, i praktycznie od początku chrześcijaństwo rozwijało się wśród pogan, a swoją erę "inflacyjną" zawdzięcza Cesarstwu Rzymskiemu, które było głównym prześladowcą zarówno Żydów jak i wczesnych wyznawców Chrystusa.

In partibus infidelium

A przynajmniej takie mam na ten temat pojęcie, może trochę niedokładne. Ale jeśli tak, to poprawię je już niedługo.

środa, 24 grudnia 2008

Wesołych! I spokojnych i ciepłych. I takie tam. Same dobre. I szczerze szczere zresztą.

A teraz w kimę!

23:40, lenahtan
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 grudnia 2008

o2 trzepie niezłą kasę. Najpierw stworzyli gigantyczną grupę ludzi którzy mają u nich pocztę - no bo to naprawdę dobra poczta jest, 10gb przestrzeni, załączniki 100mb, działa sprawnie i sensownie, ma możliwość korzystania z kont zewnętrznych itd - po czym zaczęli do nich wysyłać reklamy. Po 10 dziennie.

I tak będę korzystał z tej poczty bo jest niezła, nie mniej jednak jest to denerwujące. Zwłaszcza że reklamy pochodzące z o2 omijają filtry antyspamowe.

niedziela, 14 grudnia 2008

Ojcze nasz,

któryś jest w niebie - święć się imie twoje, bądź wola twoja; jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw od złego,

amen.

Albo nie, czekaj Ojcze, nie odpuszczaj nam tak jak my odpuszczamy naszym winowajcom, bo się w piekle smażyć będziemy; odpuść nam grzechy tak, jak sam uważasz.

sobota, 13 grudnia 2008

Nie masz tak czasami, że chcesz skończyć daną rozmowę zanim zmieni sie w coś gorszego? W sensie, jest miło, dosłownie MIŁO ;D ale czujesz pod skórą, że rozmowa zaczeła sie nigdzie i zmierza donikąd, i po prostu lepiej ja uciąć jak jest miło, niż bać się, że zaraz się rozwinie w kierunku prostopadłym do zamierzonego. Naprawdę, nic osobistego. Tylko cień jednego czy dwóch sformułowań, chłód jednej wypowiedzi - może nadinterpretacja, ale może nie. Więc lepiej być ostrożnym. Nigdy nie wiadomo na 100% o co chodzi i co ci w głowie siedzi.

W końcu jesteś kobietą. :D

 

Peace. 

czwartek, 11 grudnia 2008
 
hello

=) 

07:55, lenahtan
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 01 grudnia 2008

In topology, a subset A of a topological space X is called nowhere dense if the interior of the closure of A is empty.

Jak mi się to strasznie podoba! Już tak dawno nie miałem wykładów z matematyki z pania doktor O., że aż zapomniałem jaka fajna jest ta mat-mowa! :D Kojarzy mi się z tymi dziwacznymi określeniami języka filozofów, tylko w przeciwieństwie do nich, jest czysta, jasna i piękna. Raz zrozumiany koncept nie wymknie się już spod kontroli umysłu, chyba że zostanie zapomniany (tak jak 90% mojej znajomości matematyki z pierwszych lat studiów). Szkoda, że już nie pamiętam jak po polsku mówi się na nowhere dense setzbiór nigdzie gęsty? :D Albo zbiór połączony. Koniec. Nie że z czymś połączony, tylko po prostu. Połączony. Jakie to piękne.

A jeszcze piękniejsze robi się, kiedy, niczym nano-ostry miecz, spada nam na czachę zrozumienie czegoś takiego, jak powiązanie między zbiorami Julii a Mandelbrota. Dwa dwuwymiarowe "przekroje" czterowymmiarowej przestrzeni. I oba tworzą niesamowite fraktale, z otchłani nieskończenie małych odstępów między najbliższymi punktami zieją całe multiversa chaosu.

 

A w tle biją w bębny. Ceremonia inicjaci adepta matematyki rozpoczyna się.