podróże przez czas, przestrzeń i myślnię.
piątek, 30 listopada 2007

Muzyka grzmi w kościach jak stado kafarów w czasie godów.

Dopiero kiedy poczułem jakiś mocno nieokreślony żal/smutek/marazm i popadłem w nastroje bliskie melancholijnym, poczułem chęć do pracy. Po prostu nic innego nie było w stanie uciąć tej scieżki, tego kręgu w który się wkręciłem jak w łopatki miksera: zaczynam o czymś myśleć, myśl ucieka, we łbie robi się przerażająco pusto, śpię/snuje sie po domu/po internecie, przychodzi kolejna myśl, zaczynam ją rozwijać ale znowu nie moge się skupić itd. (To chyba pustka kontratakuje. Dobrze, że wiem, że to tylko tymczasowe.)

Co to do cholery sa Andrzejki? Może jakiś upośledzony jestem ale totalnie nie rozumiem idei tego dnia.

Muzyka grzmi w kościach jak stado kafarów w czasie godów... A ja wyobrażam sobie, że śnię o Gaudim, jego projektach i jego umyśle.

Jaki jest sens oferowania konta shellowego z dostępem do irca, skoro nie można na nim odpalić screena? Grrr, jak coś jest za darmo to zawsze musi byc do niczego. Ciekawe czy darmowy-ale-wymagający-przysłania-pocztówki shell będzie w tej samej kategorii. Nevertheless, poszło! Do Szwecji i Słowenii. Czekamy.

A teraz, z optymistycznymi pięcioma godzinami snu przed sobą, kończę dzień w sposób dość szczególny. My Dying Bride w słuchawkach. The Return To The Beautiful. Czysty ekstrakt dooma, inferno rozpaczy, złości i ogólnie pojętego poczucia beznadzieji, a ja w oku cyklonu, totalnie odporny, sycę się dysonansami i ciężkimi-jak-młot-Thora riffami.

Nie mam siły na nic odpisać, nie mam siły przejrzeć zdjęć. Wieczorem pół godziny na mrozie czekałem na autobus, później w nocy wracałem do domu bita godzinę, jadąc z centrum miasta na zachód przez dzielnicę północną... Spać.

czwartek, 29 listopada 2007

Dziś będzie dzień elektroniki mobilnej, programowania intuicyjnego i fotografii technicznej.

Damn, gardło boli. To chyba jednak nie był dobry pomysł iść na ściankę w tym stanie. Ale mimo długiej przerwy i kasłania coś tam nawet zdziałałem. Także korba w dół ale psycha w górę. Spróbowałem też jak to jest w takich more or less pro butach wspinaczkowych. Dziwnie. Chyba będę musiał przypakować mięśnie wielkich palców u stóp (??).

A wieczorem może jeszcze meeting. W ogóle z niepokojem zauważyłem, że zaczyna mi brakować czasu. Po czym uświadomiłem sobie, że ja się cieszyc powinienem, a nie niepokoić. Tylko się muszę w końcu zorganizować lepiej. Od nowego roku kupuję książkowy kalendarz... znowu. Ale teraz będę go używał, po prostu będę musiał.

Kiedy wczoraj wieczorem już TOTALNIE nie wiedziałem co włączyć do grania, kliknęła mi się Eska rock, a tam petarda o północy: Garbage. Akurat leciał kawałek 'Queer'. Fajnie. Przypomniał się całkiem sensowny zespół którego nie słyszałem od paru lat.

wtorek, 27 listopada 2007

Lol! Tego się nie spodziewałem. Poprawa humoru? Haha.

Ile tego, a ile tamtego może siedzieć w facecie zakładającym kablówkę? Hahah.

Śmiech nr. 45, między numerem 44 czyli reakcją na "zmieniłeś się" a numerem 46 czyli szalonym chichotem tramwajowym. Obłęd!

Mmmmmmmmmm tak, smakuj się durniu w tej nalewce :) I winie bzowym! Co to w ogóle jest wino bzowe? :D

Czysty obłęd.

5.04 am.

Am am am, zjadam sam siebie.

Obudziłem się o 4.00, bo tak intensywnie śniła mi się rzeczywistość, że aż do niej wstałem. Obudziłem się o 4.00 i nastawiłem budzik na 7.40. Niestety, o 7.40 to ja bym chciał móc zasnąć. Bo do tego czasu chyba nie pośpię sobie.

Parszywy umysł mój. Wiercę się w łóżku i próbuję spać a jednocześnie podświadomie cały czas układam jakieś zdania do napisania tutaj. Oczywiście jak już się zdenerwowałem na tyle, że musiałem tu usiąść, nie wiem co napisać.

Niebo w kolorze kawy z mlekiem - albo już świta, albo to żółte światło latarń odbite od śniegu, prawdziwe mleko rozjaśniające kawę nieba. Tylko kawa granatowa i mleko żółte, ale po wymieszaniu efek taki sam.

W zasadzie to jakoś po 4 usłyszałem jak cieć odśnieża chodnik swoją wielką szuflą. No nie, o 4 rano!? O takim wariacie to muszę coś napisać. No ale to nie był on. Przesłyszałem się. Nieszkodzi, mówi moja głowa, już się ta myślą rozbudziłeś, więc i tak włączysz komputer. Włączyłem.

Jutro, a właściwie dzisiaj, zapowiada się męcząco. Będzie bolało mnie gardło, będzie mi ciągle zimno, będę niewyspany a conajmniej 5h spędzę przed monitorem, bynajmniej nie LCD, później poczta, później spotkanie w Organizacji... A może to i dobrze, będę czymś zajęty, czymś zmęczony, nie dam się wciągnąć samemu sobie w grę pt "pomyśl o...".

O czym? There is no cause now, there is no reason any more. Kiedyś przeczytałem o Paris Hilton, że jest znana głównie z tego, że jest znana. Otóż ja mam parszywy nastrój głównie dlatego, że mam parszywy nastrój. Pochodna pochodnej pochodnej, wojna stuletnia, o co to poszło in the first place? Duszenie we własnym sosie.

Nie no, nie może jeszcze świtać. Nie o tej godzinie, o tej porze roku.

Lekcja na przyszłość: zapuszczać symulacje pewnych wydarzeń i sprawdzać jak na nie reaguję, testy alergologiczne. Bo przecież to nie wina motyla że wywołał huragan. Tylko nie wiem czy z motylem o tym gadać. Może mnie nie zrozumieć. W końcu co taki mały motyl może pojąć?

Uwielbiam zimową śniegowo-latarnianą iluminację. Dopiero teraz sobie przypominam te wszystkie nocne godziny spędzone niby przy ekranie, ale tak naprawdę z głową odwróconą do okna. Dziwki z budowy właśnie mi zasłaniają ten widok, na zawsze. Przynajmniej dobre pornole puszczają, ostatnio koparka się masturbowała swoją łyżką.

poniedziałek, 26 listopada 2007

Fala gorąca.

Jak w łaźni.

Kaźni.

Jaźni mojej.

Przetoczyła się po mnie.

Fala.

niedziela, 25 listopada 2007

Scena pierwsza

Nathanel jedzie tramwajem. Jest w zewnętrznym półzaślepie AV. Radio w uszach, książka przed oczami. Czyta o uduszonych embrionach. I tak kilka razy w tygodniu.

Scena druga

Nathanel stoi na pustym placu. Z szelmowskim uśmiechem oblewa się paliwem i czeka. Wezwał wcześniej żywioł ognia. Ten w końcu przybywa pod postacią lecącej pochodni, która tylko odbija się od Nathanelowej klaty i głucho ląduje na mokrym asfalcie. I gaśnie. Na Nathanelu płomieni nie stwierdzono, na niebie też znaków nie było.

Scena trzecia

Nathanel idzie spać o 3 i do 5 się kręci w łóżku. Mózg chce odpocząć, już zaczyna przywoływać senne wizje, a w nich... Vector Turret Defence (!?), gra we flashu która zjada godziny; ale jednak ciągle gdzieś kłębią się wspomnienia dnia minionego i pre-echa przyszłości, mimo że ani dzień nie był specjalnie bogaty ani przyszłość się w nim nie zarysowała jakoś wyjątkowo.

sobota, 24 listopada 2007

A więc jestem tutaj: http://flickr.com/photos/lenahtan. Trzeba sie promować, a co ;]

piątek, 23 listopada 2007

Nic mnie juz nie zaskoczy.

Wczoraj kolega się mnie pyta na ircu czy znam P.W. Owszem, znam, jest u mnie na kierunku. Aha, no bo on (P.W.) chodził z jego (kolegi) dziewczyną do klasy w LO (on (kolega) eksploruje nasza-klasa.pl, lol). No to pokaż mi tę klasę, mówie. Przeglądam, a tam J.W., dziewczyna z Organizacji, do której właśnie piszę maila.

Fajny zbieg okoliczności?

Jestem rozdartą sosną, mam ochotę założyć sobie normalne konto na nasza-klasa.pl i polansować i potrollować trochę, ale z drugiej strony mam gigantyczne problemy moralne z tym ;D

 

Tapeta, którą ludzie nauki przysłonili rzeczywistość, rozpada się na strzepy. Wielki burdel, jaki uczynili z życia, nie wymaga dekoracji; chodzi o to, by właściwie działała kanalizacja. Piękno, to kocie piekno, które trzyma nas w Ameryce za jaja, należy do przeszłości. By pojąć nową rzeczywistość, trzeba najpierw rozebrać rury kanalizacyjne, otworzyć zagangrenowane kanały układu moczowo-płciowego, który dostarcza ekskrementów sztuce. Zapachem dnia jest odór nadmanganianu i formaldehydu. Przewody kanalizacyjne zatkane są uduszonymi embrionami.

H. M.

Czytałem to i śmiałem się w tramwaju, szczerzyłem się sam do siebie jak głupi. Piękna sprawa.

 
1 , 2 , 3 , 4